Blogrys

Anna Karenina

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Cierpiałem za miliony, a raczej przez miliony ― miliony czytelników z Dostojewskim, Nabokowem, Faulknerem i Iwaszkiewiczem na czele, którzy zgodnie okrzyknęli Annę Kareninę najwybitniejszą powieścią wszech czasów. A ja nudziłem się przy majstersztyku Tołstoja jak mops rosyjskiej księżnej. Przypuszczałem, że lektura zajmie mi dwa-trzy tygodnie; tymczasem walka z literacką materią trwała bite dwa miesiące. Z każdą kolejną częścią knigi było jak w piosence Daft Punku puszczonej od tyłu: tępiej, gorzej, wolniej, słabiej. Wiecie, że po samobójstwie Anny ta historia ciągnie się jeszcze bez celu przez pięćdziesiąt stron? Koszmar.

I niech nikt nawet nie ośmieli się stwierdzić, że w takim razie powinienem trzymać się z dala od klasycznych powieści XIX wieku, że nie dla mnie psychologiczno-społeczne fabuły rozpisane na setki stron. Bzdura! Nędzników uwielbiam, za Lalką przepadam. „Quelque chose ne va pas avec Anna”.

kramskoj-nieznajoma Nieznajoma, portret Iwana Kramskoja z 1883 r. Czy Anna Karenina tak właśnie wyglądała?

Ale co? Fabuła w zarysie wydaje się przecież taka obiecująca. Obserwujemy rozpadające się małżeństwo Anny Kareniny, która nawiązuje płomienny romans z Wrońskim. Jednocześnie śledzimy związek Lewina i Kitty, którzy zakładają szczęśliwą ― najwyraźniej ― rodzinę. „Все счастливые семьи похожи друг на друга, каждая несчастливая семья несчастлива по-своему”. Wszyscy znają zdanie otwierające powieść, ale w błędzie są ci, którzy sądzą, że słowa o szczęściu i nieszczęściu dałoby się zamienić w nim miejscami bez uszczerbku dla aforyzmu. Chodzi wszak o to, że rodzina, by móc nazwać się szczęśliwą, musi spełnić wszystkie wymagane przez szczęście warunki, co zarazem upodobni ją do wszystkich innych szczęśliwych rodzin. Tymczasem każda nieszczęśliwa familia jest nieszczęśliwa po swojemu, gdyż każda cechuje się „swoim” niespełnionym warunkiem bądź ― jeszcze ciekawiej ― kombinację tychże.

Annę Kareninę należy zatem nazwać powieścią wyjątkową.

Nużący są jej bohaterowie. Trudno kibicować niewiernej Annie Arkadiewnie, która zdradza męża w zasadzie z nudów, a z czasem okazuje się solidnie porypana emocjonalnie. Trudno też pasjonować się postacią Konstantego Lewina (ofiary pozytywnej dyskryminacji ― na przekór tytułowi jest równorzędnym protagonistą), który naprzykrza się czytelnikowi filozoficznymi przemyśleniami na temat chłopa rosyjskiego. Odwrócona paralela losów tej dwójki nie iskrzy ani przez rozdział. Jedyną interesującą postacią jest brat Anny, Stiwa, playboy i lekkoduch, który przewodzi drugiemu planowi. Zastanowić się jeszcze można nad rogatym Kareninem ― przyzwoity człowiek czy despota?

Rozczarowało mnie także, co bardziej bolesne, pióro Tołstoja. Oczekiwałem wysmakowanych opisów, zręcznych dialogów, misternych zdań ciągnących się przez kilka stron. Dostałem... prozę, owszem, poprawną, niezłego sortu, lecz tak daleką od geniuszu jak Oslo od Petersburga. Czytałem co prawda Annę Kareninę w anonimowym polskim przekładzie z 1900 r., na dodatek wydaną jak romans w Amberowej serii Love & Story, lecz nie sądzę, by było to tłumaczenie spaskudzone. W wersji angielskiej, do której zerknąłem, styl prezentował się podobnie (choć wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach). Jedynym fragmentem, który poruszył moją nierosyjską duszą, były ostatnie akapity życia Anny. Trochę słabo jak na blisko dziewięćsetstronicową książkę. Zresztą, to pewnie i tak schadenfreude.

anna_karenina-poster-1935Ciągnącą się niemiłosiernie lekturę umilałem sobie ekranizacjami. Tytułowa bohaterka wypada najlepiej w czarno-białym amerykańskim filmie z 1935 r.― gra ją tam bowiem magnetyczna Greta Garbo (a jej męża równie magnetyczny Basil Rathbone, znany z filmów o Sherlocku Holmesie). Poza tym reżyser Clarence Brown wzruszająco ukazał, jak Anna rozdarta jest między miłością do kochanka a miłością do synka.

Oczywiście, pod względem formalnym tamta ekranizacja trąci myszką. Miłośnicy pomysłowych inscenizacji (tudzież urody Keiry Knightley) powinni raczej obejrzeć Annę Kareninę z 2012 r., której akcja toczy się... na deskach teatralnej sceny przy dynamicznie i bez przerwy zmieniających się kulisach. Reżyser Joe Wright chciał oddać w ten sposób teatralność manier ówczesnej arystokracji rosyjskiej. Rzeczywiście, hipokryzji obyczajowej było tam bez liku, a zwyczaj zwracania się do siebie co drugie zdanie po francusku „était ennuyeux et drôle”, chociaż przebijało go mówienie do męża (żony) per pan (pani).

Niestety, u Wrighta forma przerasta treść. Oba elementy są za to zrównoważone w ekranizacji radzieckiej z 1967 r. wyreżyserowanej przez Aleksandra Zarchiego. Ta trzymająca się pierwowzoru wersja podobała mi się najbardziej, pomimo całkowicie wyzutej z urody i charyzmy Tatjany Samołjowej. Rekompensował ją fenomenalny, wredno-poczciwy Nikołaj Gricenko w roli Karenina. Scena, w której przepytuje małego Sieriożę ze starotestamentowych patriarchów― bezbłędna.

Warto zaznaczyć, że we wszystkich trzech ekranizacjach blado wypada Wroński. Trudno pojąć, jak ustatkowana kobieta mogłaby stracić głowę dla takiego sztywniaka. Powiem więcej: we wszystkich wersjach nie ma za kopiejkę chemii pomiędzy kochankami. Będę więc kiedyś chciał obejrzeć film z 1997 r. z Sophie Marceau oraz Seanem Beanem. Te nazwiska dają nadzieję na odrobinę erotycznego napięcia, bez którego żadna ekranizacja powieści Tołstoja nie będzie chyba w pełni udana. Jestem także ciekaw miniserialu z 2013 r.― koprodukcji włosko-francusko-hiszpańsko-litewskiej― o której ciepło wypowiadają się na IMDB. Tylko że zapomniałem już, jak działają torrenty...

Kilka lat temu byłem na Annie Kareninie w teatrze. Norwescy aktorzy śpiewający piosenki po rosyjsku nie wywarli na mnie wówczas najlepszego wrażenia, sądzę jednak, że trop był właściwy: dzieło Tojstoja powinno być sztuką, nie powieścią. Z miejsca wyleciałyby wszystkie dłużyzny, a intensywne dialogi pomogłyby zogniskować fabułę na wewnętrznych rozterkach bohaterów. Zapewne w alternatywnej literackiej rzeczywistości Anna Karenina zamyka się w pięciu aktach, a Ibsenowski Dom lalki, na swoje nieszczęście, w dwóch tomach.

Powyższa notka ujrzała światło wirtualne dokładnie w sto szóstą rocznicę śmierci Lwa Tołstoja. „Ce n'était pas une coïncidence”. Drżę teraz na myśl o spotkaniu z Dostojewskim. Gospodi, pomiłuj.






Komentarze

Staszek Krawczyk (2016-11-21 00:38:12)

Co do Dostojewskiego, to „Bracia Karamazow” moim zdaniem są absolutnie wybitni, polecam!

G. (2016-11-21 10:45:04)

> Jedynym fragmentem, który poruszył moją nierosyjską duszą
nie rosyjska ale slowianska i predzej poruszy Cie Tolstoj albo Dostojewski niz Ibsen
BTW kilka dni temu w TV Kultura emitowali 'Plaszcz' Gogola w adaptacji Tuwima, spektakl z 1998 r. z Trela, Gajosem, Zamachowskim, J. Nowakiem (nawet Ferdek Kiepski jako policjant wystapil ; )

Borys (2016-11-21 10:50:40)

Na chwilę obecną zdecydowanie wolę sztuki Ibsena i Strindberga od Tołstoja. Po "Wojnę i pokój" nie odważę się sięgnąć w najbliższej przyszłości, a Dostojewski ciągle jeszcze przede mną. Jak byłem dość mały to zacząłem czytać bodajże "Zbrodnię i karę", ale ojciec mnie zniechęcił, bo powiedział, że takie książki to jeszcze nie dla mnie. :)