Blogrys

Zwojna światowa

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.


Po World War Z możesz spodziewać się brutalnego horroru z zombiakami, żywotrupiej metafory ułomności ludzkich społeczeństw lub wakacyjnego blockbustera o zombipokalipsie. W pierwszych dwóch przypadkach zawiedziesz się na całej linii, w trzecim przypadku powinieneś się nie najgorzej bawić. Ba, może nawet, tak jak ja, uznasz najnowszy film Marca Forstera za nadspodziewanie fajny.

O fabule nie ma większego sensu pisać, bo wszystko wyjaśnia zwiastun. Dla porządku: Wybucha pandemia zombifikacji. Brad Pitt gra byłego pracownika ONZ, który po wydostaniu się wraz z rodziną z objętej chaosem Filadelfii, wyrusza w świat w poszukiwaniu lekarstwa na zarazę (brzmi to dość głupio, ale w filmie takie postawienie sprawy w ogóle nie razi). Nasz protagonista odwiedzi trzy miejsca na dwóch kontynentach i oczywiście wszędzie będzie musiał stawić czoło hordom nieumarłych, za każdym razem w nowej scenerii, innych okolicznościach i z różnymi sprzymierzeńcami.

Polskie recenzje World War Zchłodne, w najlepszym razie umiarkowanie przychylne, choć warto zaznaczyć, że na Rotten Tomatoes film otrzymał 67%, o 9% więcej niż Człowiek ze stali i tylko o 5% mniej niż Pacific Rim. Choć sam daleki jestem od bezkrytycznego zachwytu i za chwilę nie omieszkam wytknąć WWZ paru wad, to wpierw dam odpór dwóm zarzutom, które rutynowo, choć niesprawiedliwie, kieruje się pod adresem tej produkcji.

Piszą więc, że film ma niewiele wspólnego ze swym pierwowzorem, książką Maksa Brooksa pod tym samym tytułem. No trudno, bywa. Zresztą, o ile dobrze się orientuję, papierowy oryginał nie jest wcale powieścią, tylko fikcyjnymi wspomnieniami różnych osób, które przeżyły tytułową wojnę z zombiakami. Czegoś takiego na ekran przenieść by się nie dało, więc scenariusz musiał zostać napisany od nowa. Oczywiście niewykluczone, że u Brooksa znalazły się niewykorzystane a ciekawe epizody. Jak przeczytam, to ocenię.

Piszą też, że film "okazuje się wyjątkowo niezgrabny – nie ma zwartej struktury narracyjnej i odpowiedniego tempa" (Piotr Pluciński). Come on, jest wprost przeciwnie! World War Z posiada bardzo wyraźną strukturę narracyjną: budujące niepokój napisy początkowe, spokojny prolog, ucieczka z Filadelfii i dotarcie do bezpiecznej przystani. Potem Brad Pitt "zwiedza" opanowany pandemią świat (trzy lokacje) i wreszcie dociera do miejsca, w którym rozegra się długi, emocjonujący finał opowiadanej historii. I o ile bardzo lubię narzekać na nierówne tempo w oglądanych filmach, o tyle w World War Z nie miałem się do czego przyczepić. Fabuła mnie wciągnęła i trzymała w napięciu, parę drobnych zwrotów akcji – zaskoczyło. Owszem, można niby wytknąć filmowi, że główny bohater zbyt często przemieszcza się z miejsca na miejsce i że kolejne miejscówki traktowane są "po łebkach", ale słowo "world" w tytule sugerowało przecież właśnie taki sposób narracji.

World War Z nie posiada więc żadnej poważnej wady dyskwalifikującej go jako blockbuster, ale jeśli spróbujemy potraktować dzieło Forstera jako film o zombie, sprawa przedstawi się zgoła odmiennie. Po pierwsze, kategoria wiekowa PG13 zrobiła swoje. Krwi tu prawie nie ma, o gore można zapomnieć – a filmy o zombiakach nie wchodzą najlepiej "na sucho". Żywe trupy zamiast zjadać ludzi tutaj tylko ich gryzą celem rozprzestrzeniania zarazy i pędzą na złamanie karku dalej. Wielka szkoda, bo są nadzwyczaj zwinne, agresywne, przemieszczają się niczym rój i występują w zatrważających ilościach. Posoka mogłaby więc lać się na wszystkie strony, że aż miło. Po drugie, chociaż świat przedstawiony stanął w obliczu brutalnej zagłady, brakuje w World War Z przytłaczającej atmosfery beznadziei, a zakończenie, nie będące na szczęście mdłym happy-endem, i tak zbyt jednoznacznie wskazuje w pozytywnym kierunku. Jeżeli dobry film o zombie powinien straszyć i choć trochę przygnębiać, to World War Z dobrym filmem o zombie na pewno nie jest.

Jak jednak napisałem na początku, WWZ nie próbuje w ogóle udawać kanonicznego zombie-horroru. Pojawiają się w nim co prawda cytaty ze Świtu żywch trupów i 28 dni później, które ucieszą uważnego konesera, ale film należy raczej uznać za próbę zaadaptowania żywych trupów na potrzeby wakacyjnego odprężacza z elementami kina katastroficznego, kina akcji i kina grozy. Od strony technicznej szwankuje tu niestety montaż; Marc Forster to w końcu facet, który rwanymi ujęciami spaprał przedostatniego Bonda i dużo się od tamtej pory nie nauczył. Z drugiej strony oko cieszą lotnicze ujęcia dwóch miejskich zagład, a w ucho wpada skomponowany przez Muse motyw przewodni, w którym pobrzmiewają echa Egzorcysty i 28 dni później. Fajne są też smaczki geopolityczne: totalitarna metoda, jaką Korea Północna poradziła sobie z zombiakami oraz doktryna dziesiątego człowieka, która uratowała Izrael. Fajna jest nawet reklama Pepsi, najlepszy chyba product placement, jaki kiedykolwiek widziałem. Niech to, fajna jest nawet zombica z wytrzeszczem i zombie kłapiący zębami!

Gdyby filmy o żywych trupach kręcono częściej, World War Z można by pewnie poddać ostrzejszej krytyce. Ponieważ jednak Zombieland powstał cztery lata temu, a 28 tygodni później i Planet Terror lat temu sześć, i każdy z tych filmów albo był nie do końca udany, albo okazywał się komedią (a jeden z nich był nawet nie do końca udaną komedią), to nie mam najmniejszego zamiaru narzekać na WWZ. Naprawdę, jest nieźle.

*****






Komentarze

DeckardPL (2013-07-21 00:07:03)

Z tymi zombiakami to teraz kanonem staje się The Walking Dead.Fajnie, że dobrze się bawiłeś - ja do 3/4 miałem frajdę jak jeszcze na żadnym innym filmie w tym roku. Foster kupił mnie post-9/11-cloverfieldową paniką miejską, scenami z wojskiem i bardzo dobrą dynamiką (nawet, jeżeli mijającą się z realizmem), film załamał się dopiero z chwilą postawienia stóp na wyspach i w laboratorium - miałem wrażenie, że patrzę na różne wersje sklejonego scenariusza.Szkoda trochę niewykorzystanego potencjału Mirelle Enos (główna rola w rewelacyjnym serialu stacji AMC (nomen omen producenta TWD) - The Killing).

Borys (2013-07-21 13:07:03)

Ja miałem trochę odwrotnie: Ostatni akt bardzo mi się spodobał przez swoją horrorowatą kameralność, której wcześniej w filmie (z oczywistych powodów) brakowało. Za to w rozdziale izraelskim trzeszczała logika; z jednej strony Jerozolimę oblegały dziesiątki tysięcy żywych trupów, z drugiej strony cały czas przybywali tam uchodźcy. No i ten gwałtowny szturm na miasto, akurat wtedy, gdy wizytował je Brad...Co do "różnych wersji sklejonego scenariusza", masz w zupełności rację, bo finałowy akt przepisano i nakręcono od nowa. W pierwotnej wersji samolot rozbił się w okolicach Moskwy, Rosjanie wcielili Brada siłą do wojska, Brad walczył z żywymi trupami pod Uralem, a pod koniec uczestniczył w inwazji na Oregon w stylu D-Day (serio!). Ale wypadło to zbyt ponuro i Damon Lindelof doradził wszystko zmienić."The Killing" mam na swojej shortliście razem z "Lutherem".