Blogrys

Skoszone umysły

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Jakoś na przełomie dekad, goszcząc u kolegi, obejrzałem na DVD połowę Matriksa. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, czym jest Macierz. Nie wiedziałem też tego kilka lat później, gdy szedłem do kina na dwie następne części. Dopiero na studiach, na kursie algebry liniowej, dane mi było – bez połykania czerwonej pigułki – ujrzeć macierze na własne oczy.

Po upływie bez mała dekady obejrzałem trylogię braci Wachowski po raz wtóry; najpierw Reloaded i Revolutions (R&R), a na deser „jedynkę”. Odwrotna kolejność pozwoliła mi na wszystkie trzy filmy spojrzeć z nieco innej perspektywy. Do niesławnych sequeli podszedłem na świeżo, a wyjątkowość części pierwszej mogłem potwierdzić przez pryzmat kontynuacji.

Oceniając trylogię po latach należy zadać sobie trzy pytania: Czy Matrix zasługuje na miano obrazu kultowego? Czy sam pomysł kręcenia dalszych części był z góry skazany na porażkę? Czy R&R faktycznie są słabe? Odpowiedzi w wersji krótkiej brzmią następująco: Zdecydowanie tak. O dziwo, nie. Owszem, ale nie żenujące. A w wersji dłuższej?

Przeglądam tabelkę wyszczególniającą filmy fantastycznonaukowe z lat dziewięćdziesiątych. Rzecz jasna, mnóstwo tu pozycji, których nigdy nie obejrzałem i pewnie nigdy nie obejrzę. Ale chyba wszystkie najlepsze doskonale znam. Pamięć absolutną. Drugiego Terminatora. Trzeciego Obcego. Ghost in the Shell. Człowieka-demolkę. Władców marionetek i Gwiezdne wrota. Dwanaście Małp oraz Wodny świat. Wybitne Dziwne dni. Dzień Niepodległości. Kontakt, Cube, niesłusznie wzgardzanego Wysłannika przyszłości i Żołnierzy kosmosu (1997 r. był nadzwyczaj udany dla kina SF). Armageddon i stosunkowo słabo znane Mroczne miasto. Mroczne widmo. O kolejności w ścisłej czołówce zdecyduje oczywiście indywidualny gust, ale decyzja o umieszczeniu na pierwszym miejscu Matriksa, chronologicznie przedostatniego ważnego filmu SF lat dziewięćdziesiątych, nie powinna nikomu wydać się kontrowersyjna.

W przełomowym dziele braci Wachowskich, który wiosną 1999 r. nieco nieoczekiwanie podbił serca milionów widzów, wciąż płonie ogień. O świetności filmu decydują trzy układające się warstwowo czynniki. Na samym spodzie mamy Sceny. Matrix to jeden z tych nielicznych filmów, które z przyjemnością można oglądać na wyrywki, ponieważ jest tam bez liku starannie rozpisanych i umiejętnie wyreżyserowanych scen: prolog z Trinity uciekającą przed agentami, Thomas Anderson przemykający między biurowymi boksami, przesłuchanie, spotkanie z Morfeuszem, szkolenie, wizyta u Wyroczni, zdrada Cyphera, misja ratunkowa, walka z agentem Smithem, ucieczka, naładowany emocjonalnie moment kulminacyjny, czyli śmierć i zmartwychwstanie Neo, wreszcie telefoniczny epilog. Choć ograniczyłem się do wymienienia najlepszych fragmentów, i tak streściłem w zasadzie cały film, co mówi samo za siebie.

Druga warstwa to, rzecz jasna, Pomysł, spajający wszystkie Sceny w zwartą, trzymającą w napięciu fabułę. Kino fantastycznonaukowe czyniło już od dłuższego czasu przymiarki do rzeczywistości wirtualnej (Doctor Who, z którego Matrix wziął swój tytuł, oraz Tron) tudzież do zakotwiczenia superoszustwa w umyśle protagonisty (wspomniane Pamięć absolutna i Mroczne miasto), ale dopiero bracia Wachowscy w profesjonalny, wysokobudżetowy sposób zrealizowali syntezę obu koncepcji i umieścili nieświadomego bohatera w wykreowanym komputerowo świecie naśladującym ten nasz. Zamiast jaskini – dwudziestowieczne miasto, zamiast złego demona – anonimowy funkcjonariusz w lustrzankach, zamiast mózgu w naczyniu – ludzie w roli bateryjek. Platon i Kartezjusz obejrzeć Matriksa niestety nie mogli, a czy obejrzał go Hilary Putnam, nie mam pojęcia, lecz film Wachowskich to i tak prześwietny hołd złożony zachodniej myśli filozoficznej.

Trzecią i ostatnią warstwę stanowi Symbolika. Rodzeństwu reżyserów udała się rzadka sztuka: nakręcili dzieło fantastycznonaukowe, które widz interpretować może na dwa różne sposoby, lecz w którym metafory nawzajem sobie nie przeszkadzają. Brak symbolicznego konfliktu wynika stąd, iż pierwsza metafora funkcjonuje na poziomie Scen (czy raczej fabuły bezpośrednio w owych scenach zawartej), natomiast druga nasyca i wzmacnia Pomysł. Etykietką dla pierwszej przenośni jest oczywiście imię „Neo”, po łacinie grecku oznaczające „nowy” i zarazem będące anagramem słowa „One”. Matrix powiela w zasadzie schemat „od zera do bohatera”, ale ponieważ zero oznacza tutaj nieświadomego niewolnika, a bohater – cyfrowego Mesjasza zdolnego do naginania reguł (wirtualnej) rzeczywistości, to i utartemu tropowi udaje się nadać nową jakość. Nie bez znaczenia pozostaje Keanu Reeves, który zagrał tu rolę życia, oraz możliwość rozpatrywania jego postaci w kategoriach religijnych. Jednak nawet nie darzący aktora sympatią i całkowicie zeświecczony widz musi przyznać, że kolejne etapy, przez które przechodzi Neo (niewola – wyzwolenie – nauka – zwątpienie – odwaga – zmartwychwstanie) nadają filmowi wyraźne tempo owocujące emocjonującą fabułą.

Wskazówkę dla metafory drugiej stanowią z kolei słynny komentarz Morfeusza do wszechobecności Macierzy: "Widzisz ją, gdy wyglądasz przez okno lub gdy włączasz telewizję. Czujesz ją, gdy idziesz do pracy, gdy idziesz do kościoła, gdy płacisz podatki”. Tytułowy Matrix możemy więc rozumieć dosłownie jako wirtualną rzeczywistość niewolącą ludzi, którzy przegrali wojnę z maszynami, ale także jako otaczający nas zewsząd polityczno-kulturowo-religijny System, któremu jesteśmy bezwzględnie podporządkowani, nierzadko nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zaniecham łopatologicznej interpretacji poszczególnych elementów filmu w tym ujęciu; zauważmy tylko, że w obrębie metafory antysystemowej nabiera nagle sensu najbardziej wątpliwy element scenariusza. Każdy, kto umie przeprowadzić prosty bilans energetyczny, musi wyśmiać pomysł, że miliony ludzkich ciał miałyby niby stanowić źródło zasilania dla maszyn. Ale z drugiej strony: Kto napędza przestrzeń polityki, kultury i religii, jeśli nie my sami naszymi codziennymi, zrytualizowanymi zachowaniami? Dla naszych komputerów źródłem kilowatogodzin nie jesteśmy, ale dla Systemu już tak, i to zupełnie dosłownie.

W antysystemowej interpretacji kryje się również odpowiedź na pytanie, czy dwie kolejne części Matriksa mogły się udać. Jeszcze do niedawna uważałem, że absolutnie nie: film z 1999 r. kończył się przecież w doskonałym momencie, zwieńczony zgrabnym niedopowiedzeniem. Od początku istniała obawa, że ewentualna kontynuacja byłaby banalną łupanką typu Neo- kontra-agenci tudzież Syjon-kontra-maszyny. Czas pokazał, że była to obawa zupełnie słuszna. Oglądając R&R dostrzegłem mimo wszystko zalążki kilku niegłupich propozycji, które z dwóch dalszych części mogły nie tylko uczynić kino na miarę Matriksa, ale nawet zamienić je w wielopoziomowe, filozoficzne dopełnienie "jedynki". Niestety, Wachowscy polegli już w fazie planowania. Nie umieli nowym pomysłom nadać polotu i rozwinąć ich w sensowną całość. Swoją drogą trudno uwierzyć, że za reżyserię i scenariusze wszystkich trzech filmów odpowiadają ci sami ludzie. Sztuczne, zapętlające się dialogi R&R przypominają parodię rozmów z pierwszej części; sporo do życzenia pozostawiają także dość sterylne sceny akcji.

Wokół jakich idei koncentruje się więc zmarnowany potencjał "dwójki" i "trójki"? Dwa kluczowe słowa brzmią "kontrola" i "predestynacja". Macierz jest narzędziem iluzji zasłaniającym brutalną rzeczywistość, ale także narzędziem kontroli tworzącym rzeczywistość alternatywną. W Matriksie Thomas Anderson musiał wybierać między niebieską pigułką podtrzymującą ignorancję i pigułką czerwoną ujawniającą nagą prawdę o świecie. Parafrazując Sławoja Żiżka: w kontynuacjach zabrakło propozycji połknięcia trzeciej pigułki pokazującej rzeczywistość nie poza, ale wewnątrz złudzenia. Mówiąc wprost, zabrakło takiego skomplikowanie świata przedstawionego, które zatarłoby prosty podział na zakłamaną Macierzą a okrutną, lecz prawdziwą postapokaliptyczną przyszłość.

Sposobności ku temu były przynajmniej dwie. Zrujnowana przyszłość z ukrytym Syjonem mogła okazać się kolejną warstwą iluzji – jak wiemy, takie rozwiązanie widzowi zasugerowano w cliffhangerze Reloaded, ale koniec końców twórcy tą drogą nie poszli – lub też do gry mogła wkroczyć nowa frakcja nie opowiadająca się jednoznacznie ani po stronie Ludzi, ani po stronie Maszyn. I pojawiła. Mowa oczywiście o autonomicznych programach, które poruszają się w Macierzy pod postacią a to dekadenckiego Francuza, a to surowego brodacza w białym garniturze. Gdyby Wachowscy dobrze rozegrali tę kartę, R&R mogłyby przyodziać się w bardziej przewrotną i angażującą fabułę niż jednotorowa "jedynka". Nieudolny sposób zamknięcia wątku Merowinga i wciąż zaciskający zęby agent Smith pokazują, jak wielkie to "gdyby".

Motyw predestynacji i skontrastowanej z nią wolnej woli stanowi natomiast kręgosłup metaplotu całej trylogii. Niestety, z filmów się o tym nie dowiemy, bo zamysł twórców tonie w grubej warstwie pseudofilozoficznego bełkotu, który zalewa R&R między sekwencjami akcji. Po obejrzeniu Reloaded na małym ekranie nie byłem mądrzejszy niż osiem lat temu wychodząc z kina. Z determinacją zacząłem więc guglać i w końcu dowiedziałem się, o co w tym wszystkim chodziło. Cóż. Pomysł wcale fajny, ale wykonanie tragiczne. Aż ciarki przechodzą mnie na myśl, jak bardzo Wachowscy mogli spieprzyć także i "jedynkę".

Dlaczego po czterech akapitach żalu i pretensji nie potępiam obu filmów w czambuł? Po części właśnie dlatego, że przy uważnym oglądaniu dostrzegamy, iż R&R miały prawo się udać. A po części dlatego, że choć zabito Symbolikę i zmarnowano Pomysł, to przynajmniej ostało się kilka dobrych Scen. Reloaded warto obejrzeć dla etnicznej potańcówki w Syjonie, dla pościgu na autostradzie zilustrowanego fenomenalną muzyką duetu Don Davis & Juno Reactor i dla emocjonującego (choć w ostatecznym rozrachunku do niczego nie prowadzącego) spotkania z Architektem. (Przy powtórnym oglądaniu wynudziłem się natomiast na walce Neo z hordą agentów Smithów, którą zapamiętałem był jako bardzo fajną. W nakręconym w tym samym roku Kill Bill scena masowego starcia jest o klasę lepsza). W Revolutions za gardło trzyma z kolei brutalna konfrontacja z Banem, za serce – śmierć Trinity (sic!), a za oczy – Deus Ex Machina w Mieście Maszyn. Jak na łącznie czteroipółgodzinny seans to bardzo mało, ale zawsze coś. Znamienne, że w ostatniej części nie ma żadnych dobrych scen Macierzowych, bo finałowej rozprawy ze Smithem za taką nie uważam. To w ogóle kolejna zmarnowana szansa: przez większość Reloaded i całe Revolutions główny antagonista niby sieje zniszczenie w Macierzy, lecz jakoś zapomniano ukazać w dramatyczny sposób ową postępującą zagładę cyfrowego świata.

Matrix jest filmem tak dobrym, że nie wypada wręcz dziwić się, a tym bardziej żałować porażki jego sequeli. Połknijmy raczej niebieską pigułkę i udajmy, że nigdy ich nie nakręcono. Kino fantastycznonaukowe dorobiło się już zresztą jednej wiekopomnej trylogię, więc jeśli trochę poczekamy na kolejną, nic wielkiego się nie stanie.

No dobra, jednak trochę szkoda, że nie wyszło. Tym bardziej, że wielkim fanem Gwiezdnych wojen nie jestem.






Komentarze

Borys (2013-02-22 01:02:15)

Na kinie azjatyckim znam się tak jak na przędzeniu wełny, ale jeżeli wskażesz mi film "z Hong Kongu" podobny fabularnie do Matriksa (nieświadomi ludzie uwięzieni w VR) to spróbuję obejrzeć i porównać. Pomijam tu fakt, że w swojej notce w strategicznym miejscu użyłem przymiotnika "wysokobudżetowy".PS. Racja, ale wtedy jeszcze bracia, przynajmniej ciałem. :)

Seji (2013-02-22 01:02:20)

Matrix - nic, czego w filmach z Hong Kongu już nie zrobiono wcześniej z dorobioną przez nastolatki, wyszukaną na siłę pseudogłębią przekazu. Widziałem dwa lub trzy razy i jest fajny, nic więcej. Choć to pewnie dlatego, że nie był to mój pierwszy film sf w życiu.BTW już nie braci Wachowskich. ;)

Arek (2013-02-22 10:02:38)

Dobry tekst, dzięki. Pomijasz tutaj odwołania się do dziedzictwa kinematografii - vide scena w metrze albo początkowa scena pościgu za Trinity i cień agenta - ale i tak świetnie się czytało.

Seji (2013-02-22 11:02:09)

@BorysNie fabularnie - tu akurat "Anioł przemocy" Wisniewskiego-Snerga (albo i Dark City). ;) Chodziło mi o stronę wizualną - to, do czego Wachowcy potrzebowali komputerów (choreografia walk), od lat 70. było robione w filmach wuxia za pomocą linek (a wcześniej w prozie tego typu). :)Nie odmawiam Matrixowi cytatów, intertekstualności i tak dalej. Zawsze jednak bawiło mnie stawianie tego filmu na piedestale i dorabianie teorii wokół niego.

Borys (2013-02-22 11:02:28)

@Arek: Nie pomijam, tylko nie wiem, o co chodzi. Jakie nawiązania masz na myśli?@Seji: A, to jasne, ale dla mnie choreografia walk (wręcz) nie jest wcale wielkim atutem tego filmu, nawet mi trochę przeszkadza. "Ukryty tygrys, przyczajony smok" mnie na przykład wynudził. Ale oczywiście DGCC. To jeszcze z ciekawości: Jaki film SF z lat 90. Tobie podobał się najbardziej? Wyliczankę masz w czwartym akapicie.

Seji (2013-02-22 12:02:31)

Tak najnajnaj? Ojej, nie potrafię odpwiedzieć. Starship Troopers, Terminator 2, Total Recall, Strange Days, The Postman (powieść jest świetna, czytałeś?), Twelve Monkeys... - w zasadzie to, co wymieniłeś, z paroma wyjątkami, z tym, ze każdy za coś innego cenię. Najczęściej chyba wracam do Starsip Troopers.

dzemeuksis (2013-02-22 17:02:24)

Neo może i znaczy nowy, ale chyba jednak nie po łacinie. ;)

DeckardPL (2013-02-23 11:02:11)

Wiesz, patrzę na tabelkę i już 1990 błyszczy mi się klasykami: The dark side of the moon, Flatliners, Hardware, I come in peace, Moon 44, Peacemaker (nie ten z Clooneyem), Predator 2, Robo Cop 2, Robot Jox, Solar Crisis i of course Party Richter.Co do matrixów - jedynka była i jest bardzo sprawnie zrealizowanym filmem z fragmentami, które wbijają w fotel. W przeciewieństwie do wypuszczonego w tym samym roku Existenz Wachowscy pokazują fałszywą rzeczywistość w sposób wygładzony, rzekłbym high definition - Cronenberg robi to w swoim firmie jak zwykle, czyli mocno, schizoidalnie i bioorganicznie. Zabawna refleksja - oba te filmy mają w głównych obsadach dosyć drewnianych aktorów, którzy jednak stanęli na wysokości zadania.Na dwójce i trójce Matrixa byłem w kinie - dwójka pod względem fabularnym zawiodła mnie wtedy strasznie (oprócz jak sam zwracasz uwagę szybko zapomnianego manewru z Architektem), pod względem pojedynczych scen oddaję honor, Reloaded może się pochwalić bardzo dobrą sekwencją scen związanych z uprowadzeniem dziadka od kluczy, Revolution już tylko wyrywkami z ataku na Syjon i trochę zmarnowanym wskrzeszeniem Smitha w ludzkim ciele.Mój największy zarzut do sequeli - łopatologiczny przekaz czarni dobrze gadają, biali są martwi lub źli, poparty beznadziejnym dobraniem nowej obsady, począwszy od pani kapitan i nowego operatora. Zaraz za tym idzie w sumie kompletny brak podbicia fabuły na poziom, o którym wspominasz - dodania jeszcze jednej warstwy iluzji.

Borys (2013-02-23 16:02:45)

@Seji: Nie czytałem, ale stoi na półce. Tak, Verhoeven ma swój niepodrabialny styl.@Dzemeuksis: Dzięki!@Deckard: Existenz nigdy nie widziałem; dawno temu miałem ku temu telewizyjną okazję, ale byłem zmęczony i zasnąłem. Uwaga z drewnianymi aktorami trafna. Poza tym nie lubię Judea.

Bartłomiej Kossakowski (2013-02-26 12:02:20)

@Borys gdzie znajde Twój e-mail? Mam prywatne pytanie odnośnie tekstu, a nie mogłem znaleźć kontaktu na tej stronie. Bede wdzieczny za info lub mail do mnie: bartek.kossakowski [at] gmail.com

Anonim (2013-03-01 22:03:17)

"Przy powtórnym oglądaniu wynudziłem się natomiast na walce Neo z hordą agentów Smithów, którą zapamiętałem był jako bardzo fajną."Kto teraz używa czasu zaprzeszłego? Przecież to praktycznie martwa konstrukcja. Zastosowanie tego czasu kojarzy mi się z intelektualnym snobizmem, który według mnie bardziej ośmiesza autora niż pokazuje jego kunszt, obeznanie.Sam tekst bardzo dobry, ale radzę unikać takich "mądrych" zabiegów typu użycie czasu zaprzeszłego. Pozdrawiam

Borys (2013-03-01 22:03:55)

Naprawdę aż tak to razi? Brakuje mi pewnie wyczucia, bo czas zaprzeszły stanowi normę w dwóch językach obcych, którymi posługuję się biegle (o, jeszcze więcej snobizmu...). Niemniej bardzo lubię tę formę. Ręka zawisła mi co prawda nad klawiaturą przy tym "zapamiętałem był", ale koniec końców chodziło o podkreślenie, że jak oglądałem (był) film poprzednim razem, to walka mi się bardzo podobała.Dzięki za konstruktywny komentarz!

greg (2013-03-03 18:03:02)

całkowicie nie zgadzam się z krytycznymi głosami matrixa 2 i 3.Na serię należy patrzeć jako na całość.Wszystkie tworzą pewien monolit a dzielenie włosa na czworo posługując się wydumanymi figurami typu idea,symbolika jest żałosne.Świadczy o tym że autor i inni posługujący się tego typu wybiegami po prostu zamiast wtopić się w świat matrixa siedzieli i analizowali na zimno szukając na siłę wpadek i niedociągnięć.Można i tak ale jakie ludzie wy musicie mieć zasra.,.. życie :)) Zamiast je smakować i przeżywać kontestujecie je szukając wymówek by się w nie zagłębić...

Borys (2013-03-03 22:03:34)

Powiem Ci w największym zaufaniu, że ja drugą i trzecią część oglądam co tydzień na nowo, ale właśnie nie po to, żeby je smakować, żeby je przeżyć, żeby się zagłębić, ale po to, żeby poszukiwać nowych symboli i żeby wynajdywać kolejne wpadki i niedociągnięcia. Po co wtopić się w świat "Matriksa", skoro można analizować na zimno?