Blogrys

Wyobraź sobie ogień

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Deckard zaproponował, żebyśmy podyskutowali o najnowszym "Batmanie". Oto, co wynikło z jego propozycji. Zapraszamy do jedynej takiej rozmowy w internecie — jedynej, bo i jemu, i mnie film się podobał. Ale i tak się trochę posprzeczaliśmy.

Podkład muzyczny dla dyskusji

BORYS: Obejrzałem TDKR w dniu polskiej premiery nie czytając uprzednio żadnych recenzji. Z opiniami innych zapoznałem się dopiero po seansie i... zrobiło mi się przykro, że wiele osób hejtuje nowego "Batmana” niczym Grażynę Żarko — także osoby, których opinie przecież cenię. A mnie się bardzo podobało. Owszem, daleko mi do bezkrytycznego zachwytu i o wadach filmu za chwilę wspomnę; i owszem, TDKR uważam za najgorszą (sic!) część trylogii. Ale bynajmniej nie dlatego, że jest kiepska, tylko dlatego, że poprzednie dwie były jeszcze lepsze (szczególnie BB).

 

Zauważyłem, że osoby wytykające TDKR braki porównują go zazwyczaj do TDK. Tymczasem powinniśmy pamiętać, że każdą część trylogii nakręcono w innej konwencji. BB opowiada o narodzinach superbohatera przywiązując dużą wagę do psychologii i logistyki. TDK to trochę taki stand-alone, w którym ukształtowany już superbohater ściera się z superłotrem (dominującym zresztą na ekranie). Natomiast TDKR jest epickim i hollywoodzkim zwieńczeniem serii. Prostych zestawień, w których pojawia się niewiele mówiący przymiotnik "fajniejszy”, należy więc unikać.

DECKARD: Mi dopisało szczęście — nie mam pojęcia, kim jest Grażyna Żarko, co więcej przed obejrzeniem filmów Christophera Nolana nie mam w zwyczaju czytać ich recenzji, nawet jeżeli oglądam je kilka tygodni po oficjalnej premierze. Za kilka lat nazwę to pewnie sentymentem, dzisiaj mogę przyznać się, iż na jego filmy chodzę "w ciemno”, gdyż warsztat twórcy "Memento’, "Incepcji” czy trylogii o Batmanie trafia do mnie pod każdym względem.

W przeciwieństwie do Twojej opinii, Borysie, ciężko mi było uświadomić sobie, gdzie znajdują się mankamenty tudzież wady najnowszej części cyklu o Batmanie. Rzeczywiście, przemykają mi przez myśl sceny, które być może wyobrażałbym sobie inaczej i chciałbym je również zobaczyć na ekranie. Jednak nawet jeśli Nolan popadł gdzieniegdzie w prostotę lub nie wykorzystał pewnego potencjału, to i tak pobił nowym "Batmanem” każdą produkcję nakręconą od czasu "Incepcji” i udowodnił,iż trwający ponad 2,5 godziny film może niemal nieustannie bombardować widza czymś więcej niż kiepskie 3D.

Łączy nas natomiast jedno: i ja uważam, iż najnowsze dzieło Christophera Nolana jest najbardziej epickim i najbardziej bezpośrednim flirtem twórcy z kanonem blockbusterów rodem z krainy Hollywood. ...

BORYS: Wady mogę Ci wypunktować. Zacznijmy od Bane’a. Tom Hardy zagrał go bardzo dobrze, ale nie pasował niestety fizycznie do roli. Był zbyt niski i nie miał imponujących muskułów. Zwróciłeś uwagę, jak często filmowano go z bliska i z dołu? Wróg Batmana nadrabiał, rzecz jasna, głosem, ale maska dawała przecież wspaniałe możliwości dubbingowe: Dlaczego więc nie zatrudniono do tej roli jakiegoś atlety z przyzwoitą mimiką i nie podłożono tylko głosu Hardy’ego? Zresztą, można by się nawet pokusić o nałożenie twarzy Toma na twarz dopakowanego naturszczyka. Specjaliści od efektów specjalnych radzą już sobie z takimi zabiegami, wykorzystano go przecież niedawno w "The Social Network”.

DECKARD: Odwołujesz się, jak myślę, do pierwotnego wizerunku Bane’a z komiksów, kreskówek czy nawet gier video, w których Bane pokazany jest jako muskularny gigant zawstydzający w niektórych odsłonach swoimi warunkami fizycznymi nawet największych herosów Marvela i DC? Zatem pytanie ode mnie: jak ogólnie komiksowość ma się do adaptacji dokonanej przez Nolana? Zauważ, iż gdzie tylko jest to możliwe, cały cykl (choć najbardziej to widać w dwóch ostatnich filmach) zastępuje estetykę komiksową czymś dużo bardziej realistycznym, począwszy od samego Gotham, poprzez wydarzenia a na głównych postaciach skończywszy. Przywołując wcześniejsze adaptacje Tima Burtona w których Gotham było wyjęte niczym z kart zeszytów DC, postaci Kobiety Kota, Pingwina, Jokera czy nawet sam Batman/Bruce Wayne przypominali zaś postaci ze snu lub przygodowej powieści. Nolan do worka z napisem "fikcja” wrzuca nieco odmienne elementy; nie jest to co prawda poziom para-dokumentu, ale na pewno już nie odcinanie balonów Batwingiem w chmurach otulających neo-gotyckie wieże miasta. Znamienne, iż w TDKR Batmanowi ani razu nie zdarza się stać na lub przy gargulcu bądź przelecieć używając peleryny, jak czynił to w pierwszej czy nawet jeszcze drugiej części.

BORYS: Ale zaraz, zaraz. Twierdzisz, że Bane nie musiał być wcale pakerem, ponieważ film odcinał się od komiksowej estetyki? Czy my na pewno mówimy o tym samym Banie? Bo mój musiał inhalować się gazem znieczulającym, nosił charakterystyczną maskę i w gruncie rzeczy powinien dawno temu umrzeć z głodu. Zresztą scenariusz kreował go przecież na pakera, bo tylko paker byłby w stanie złamać Batmana na pół na kolanie.

Z kolei pytanie, jak komiksowość ma się do adaptacji dokonanych przez Nolana, zasługuje na długą rozprawę. Powiem krótko: Według mnie doskonałą równowagę między realizmem a komiksowym ekscentryzmem osiągnięto w BB. Z jednej strony Bruce i Alfred pieczołowicie kompletowali tam strój Batmana, z drugiej strony mieliśmy trening wśród ninja, charakterystyczną kolej biegnącą nad Gotham, Stracha Na Wróble jeżdżącego konno i dzielnicę industrialno-więzienną w sercu miasta. W TDK, który szedł w stronę dramatu sensacyjnego a’la "Gorączka”, brakowało mi bardzo takich smaczków, ale był chociaż Joker. Natomiast w TDKR "epicka hollywoodzkość” po prostu pokonała i przesłoniła komiksowość.

DECKARD: Porównanie drugiej części z "Gorączką” Michaela Manna bardzo trafne! Przyznam, iż mnie akurat zmiana oprawy wizualnej Gotham (czy też jak stwierdził inny z moich kolegów — pozbawienie Gotham miejsca w obsadzie) ułatwiło oglądanie. W czasie seansu BB nasuwał mi się wniosek, iż Nolan trochę niepotrzebnie próbuje rywalizować z Burtonem, chociaż dysponuje całą masę innych atutów a akurat na polu estetyki nie dał się jeszcze poznać z dobrej strony (uczynił to dopiero kilka lat później w "Incepcji”).

BORYS: Ja mam odwrotnie: nie podobało mi się nakręcenie trzeciej części w Nowym Jorku. To zbyt charakterystyczne miasto, żeby udawać Gotham City. Przejazd kamery nad Central Parkiem popsuł mi doszczętnie geograficzną immersję.

DECKARD: Umknęła mi ta scena, natomiast fakt faktem Nolan zagrał ryzykownie w tak jednoznaczny sposób używając scenerii nowojorskiej, chociaż... w komiksach pamiętam podobne chwyty.

Skręcając na tor rozmowy o wizerunku Bane’a — wychodząc z kina miałem nieodparte wrażenie, iż Nolan wykreował tę postać nie tyle na pakera, co na zimnokrwistego, wyrachowanego potwora (o ile dobrze pamiętam, takim mianem określił go Ra’s Al Ghul po ich spotkaniu), którego ostatni ludzki uczynek dokonany przed wieloma laty był zarazem ostatnim krokiem w stronę absolutnej dehumanizacji. Bane uderza podobnie jak Joker w ton "wroga systemu”, z tą jednak różnicą, iż o ile Joker nie potrafił funkcjonować bez społeczeństwa (i Batmana), o tyle Bane jest ostatnim, co społeczeństwu się przytrafi przed zniszczeniem.

Abyś jednak nie odniósł wrażenia (a wraz z Tobą i Czytelnicy), iż spisuję Toma Hardy’ego na straty pisząc o pierwowzorach, założeniach i tym podobnych: Ten w sumie młody aktor jest moim zdaniem jednym z nielicznych obecnych na dzisiejszym ekranie, który ma instynkt wojownika i nie tyle gra, ile naprawdę chce i potrafi walczyć. Powierzając tę rolę kulturyście Nolan biedziłby się z absolutnym brakiem talentu aktorskiego oraz sztywnym zachowaniem "w ringu” (jest duża różnica pomiędzy sportami siłowymi a sportami walki). Natomiast wybierając zawodnika sztuk walk, instruktora czy boksera skazywałby cały zespół na wielokrotne powtórki ujęć, w których scenariusz każe osobie grającej Bane’a zamanifestować emocje czy intencje językiem gestów, ona zaś nie potrafi tego przekonująco uczynić. Musiałeś choć raz widzieć efekty takich zabiegów na ekranie chociażby w filmach z Hulkiem Hoganem! Tom Hardy pokazał zaś swoje walory we wcześniejszych "Bronsonie” (którego, ciekawostka, Nolan w ogóle nie widział) i "Warrior”, z których zwłaszcza ten drugi daje szansę na przyjrzenie się, jak Hardy łączy aktorstwo i umiejętności walki w całość. I jeszcze o F/X - ich wykorzystanie w celu o którym piszesz to raczej ewenement ("The Social Network”, "Tron: Legacy”) bądź nawet sztuka dla sztuki, co dobitnie pokazał ostatni "Terminator”. To nie w stylu Nolana tworzyć film tak, aby mówiono o tym jak go zrobił niż o tym, o czym ten film opowiada i co się w nim dzieje.

BORYS: Nie widziałem wspomnianych przez Ciebie filmów z Hardym, ale argument o łączeniu aktorstwa z umiejętnościami walki do mnie trafia. Z drugiej strony: Gdyby Cameron myślał swojego czasu tak jak Ty, to Terminatorem zostałby nie Schwarzenegger, a Lance Henriksen.

DECKARD: Widziałbym w tej roli raczej Dolpha Lundgrena, który nomen omen kilka lat później otrzymał rolę w "Uniwersalnym Żołnierzu”. Pisałeś jednak, iż masz wypunktowane inne wady filmu; może pomówimy o kolejnej?

BORYS: Zakończenie. Może nie zakończenie jako takie, ale pewne wątpliwe decyzje scenariuszowo-montażowe. Raz, finałowe starcie Batmana z Banem, którego właściwie nie ma. No bo najpierw biją się na pięści, co w ogóle nie jest efektowne, a potem Bane zostaje nagle skasowany niczym trzecioplanowa postać. Śmierć Generała Rewolucji powinna mieć zdecydowanie większy rozmach. Wystarczyłoby, żeby to jego posadzić za kierownicą Batmobilu i skonfrontować z Batmanem pilotującym Batwinga. Dwa, frontalny atak uwolnionych policjantów na oprychów Bane’a. Wyglądało to po prostu głupio. Dlaczego nie dostaliśmy kilku krótkich ujęć pokazujących jak gliniarze, korzystając ze swego doświadczenia i wiedzy taktycznej, po prostu sprytnie wpędzają przeciwników w jakąś pułapkę? Wreszcie, trzy, kontrowersyjne prawie-ostatnie ujęcie. Gdyby po prostu uciąć sekwencję na twarzy rozradowanego Alfreda, epilog stałby się od razu przyjemnie dwuznaczny.

DECKARD: To są dobre pytania i propozycje. Zobaczymy, czy uda mi się obronić oryginał.

Scena w kawiarni we Florencji — Nolan mógł pokusić się o zrobienie czegoś jeszcze innego i ponownie pokazać sylwetkę Bruce’a Wayne’a... lub kogoś podobnego, urywając na sekundę przed chwilą, w której Alfred upewnia się co do tożsamości osoby przy sąsiednim stole. Sądzę jednak, iż w przeciwieństwie do "Incepcji” tym razem zwyciężyła chęć czytelnego, nie pozostawiającego żadnych wątpliwości rozwiązania. Można oczywiście mieć za złe scenarzyście, iż śmierć noszącego strój Batmana nie była dosłowna. Scena odsłonięcia i sam wygląd pomnika uwieczniającego jego osobę (sylwetka i rysy twarzy wykute w kamieniu!) są przecież porażające. Czy aby na pewno jednak chcielibyśmy po tych wszystkich wydarzeniach ujrzeć Bruce’a Wayne jako męczennika?

Pojedynek Bane’a z Batmanem — od momentu, w którym na ekranie pojawia się uzbrojona bomba a Bruce Wayne ucieka z The Pit wiedzieliśmy, iż to nie Bane przypieczętuje los Batmana. Powiesz, iż walki mogłoby w ogóle nie być, ale przecież czekamy na rewanż, w którym Batman własnymi rękami (nie zaś "trikami dla niewtajemniczonych”) rozniesie Bane’a! Christopher Nolan ma jednak własny plan; walka jest swoistym entrance do pokazania nam, iż Batman/Bruce Wayne jest jednak gotów dokonać czegoś niezwykłego, czyli zabić drugiego człowieka (ze swojego humanitarnego modus operandi Batman wcześniej tłumaczy się nawet Catwoman). To już trzeci raz, gdy Batman/Wayne łamie/chce łamać swoje wartości (w BB zmianę tą odzwierciedlają słowa Ra’s Al Ghula: "Have you finally learned to do what is necessary?”, na które Batman odpowiada "I won't kill you...but I don't have to save you.”; w TDK jest to sławna scena przesłuchania Jokera w areszcie i wybór dokonany w finale, realizując poniekąd rolę odszczepieńca-dziwoląga, w której opisał go Joker).

Zgon Bane’a to ciekawa sprawa — to śmierć z ręki osoby, której jako jedynej Bane darował życie w zamian za pomoc w ujęciu Bruce’a Wayne’a. Poniekąd egzekucję za pomocą motocykla można potraktować jako sygnał, iż chociaż Batman był gotowy do odebrania życia Bane’owi, to po prostu nie byłby w stanie tego zrobić.

BORYS: Ale ta finałowa walka wręcz Batmana z Banem podobała Ci się jako taka? Poprzednia toczyła się przynajmniej w kanalizacyjnej scenerii, ale finałowa przypominała już bezbarwną uliczną bójkę. Szkopuł z "roznoszeniem Bane’a” jest taki, że TDKR to film PG-13. Reżyserowi nie wolno było pokazać pojedynku mano-a-mano w całej brutalnej krasie. Dlatego wolałbym jednak, żeby się trochę postrzelali. Byłoby... żywiej.

DECKARD: Lecz jednocześnie film zbliżyłby się wtedy do gry komputerowej, w stronę której Nolan nie chciał, jak mi się wydaje, skręcać. A propos ratingów, niestety decyzje marketingowe zabijają potencjał drzemiący w kinie rozrywkowym równie skutecznie, co kiepsko napisane wersje scenariuszy. W nowym "Batmanie” o dziwo tak tego nie widać (zwłaszcza pierwsze, kadrowane niczym w komiksie starcie jest bardzo sugestywne) , ale przypuszczam, iż jedynie Nolan i może jeszcze David Fincher mogą obecnie powolić sobie na przysłowiowe pojechanie po bandzie.

Bitwa na ulicach, giełda i powracające w czasie filmu niczym bumerang wątki finansów Wayne Enterprises... Chciałbym się tutaj zatrzymać na chwilę i zapytać Ciebie: jakie masz wrażenie oglądając tak wiele symboli obecnego kryzysu w tak wydawałoby się hollywoodzkiej (a więc zdawałoby się poprawnej politycznie) produkcji?

BORYS: W Nolanowskiej trylogii przetworzone odwołania do bieżących niepokojów nie są żadną nowością. W pierwszej części reżyser nawiązywał przecież do zagrożenia bronią biochemiczną, a w drugiej telewizyjne wystąpienia Jokera przywodziły na myśl terrorystów z al-Qaedy. To, co dostaliśmy w trzeciej, również wielce przypadło mi do gustu. Podobała mi się bardzo koncepcja tworzenia armii z wyrzutków społeczeństwa, biedaków i kloszardów. Jakiś tydzień po seansie szedłem z przyjaciółmi ulicą i minęliśmy zarośniętego typa w kamizelce odblaskowej, który stał bezczynnie obok wybijającej studzienki ściekowej, jakby jej pilnował. Spojrzeliśmy po sobie znacząco: czy to polski Bane szykuje coś w łódzkich kanałach?

Za strzał w dziesiątkę uważam też "oblężone” Gotham City. Szkoda tylko, że uwagę skupiono na uwięzionych policjantach i panoszących się zbirach. W drugiej połowie filmu brakowało mi kilkuminutowego epizodu, który pokazywałby, jak wygląda życie zwyczajnych mieszkańców miasta.

DECKARD: Część amerykańskich krytyków miała za złe twórcom tak jednoznaczną symbolikę, gdzieś mignęły mi nawet nieudolne próby doklejania do filmu wątków obecnie toczącej się w USA kampanii przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Sytuacja o tyle specyficzna, iż widz w Europie, zwłaszcza po wydarzeniach w Grecji, Hiszpanii czy na ulicach innych miast ma zupełnie inne spojrzenie.

Teraz ciekawostka. Okazuje się, że pomysł na miasto w czasie oblężenia Nolan zaczerpnął z cyklu "No Man’s Land”, który oczywiście zmienił według swojego upodobania. Fakt pominięcia obywateli (przewijają się jako tło w niektórych scenach, w zasadzie ich substytutem jest autobus z wychowankami sierocińca) nie uważam za zły pomysł. Dużo gorzej odebrałbym kanoniczne hollywoodzkie brawa od tłumu albo (nie daj Boże) kwiaty wręczane policjantom idącym na bitwę. Być może jest to też sygnał od reżysera do widowni — pokazanie, iż kiedy zacznie dziać się źle, mieszkańcy amerykańskich miast zamkną się w domach.

BORYS: Jasne, nie sposób nie dostrzec pewnych symbolicznych odniesień, ale szczegółowe analizowanie TDKR pod kątem politycznym uważam za pomysł równie chybiony, co analizowanie "Avatara” pod kątem ekologicznym. To kino par excellence rozrywkowe, z pewnością dalekie od fabularnego prymitywizmu, lecz jednak poświęcające głębię na rzecz akcji. Nie mam o to żalu do Nolana, ale z drugiej strony żałuję, że ostatnia część trylogii zdecydowanie gorzej radzi sobie ze swoim tematem przewodnim — cierpieniem — niż BB i TDK ze swoimi, a więc odpowiednio ze strachem i chaosem. Pomogłoby, gdyby któraś z drugoplanowych postaci zginęła. Albo chociaż Batman. :)

DECKARD: Masz rację, pamiętając poprzednią część (i śmierć Rachel) byłem święcie przekonany, iż przed napisami końcowymi zginie któraś z postaci przewijających się w całej trylogii. Kilka scen dawało znakomity pretekst, aby w godny zapamiętania sposób pożegnać Gordona (widząc w zwiastunie jego postać w szpitalu byłem tego wręcz pewny) czy Luciusa Foxa, widzowi musi jednak wystarczyć dosłownie wybuchowy koniec administracji burmistrza Gotham. Pewien potencjał miał wątek znajomości z Mirandą Tate (a szczególnie jego rozwiązanie), jednak Nolan od przeszło połowy filmu wpychał postać Wayne’a na tory prowadzące do Seleny Kyle, w wyniku czego śmierć tej pierwszej trafnie została skomentowana w "How it should have ended” jako "najgorsza śmierć kiedykolwiek (mająca miejsce na ekranie — przyp. moje)”. Znając realia licencyjne (które pokrzyżowały szyki m.in. Zackowi Snyderowi podczas prac nad nową odsłoną Supermana), jakie widnieją w umowach z właścicielami praw autorskich, mam jednak wrażenie, iż to nie Nolan związał sobie ręce.

Poza tym, Batman zginął, podobnie jak Bruce Wayne, i tej wersji powinniśmy się trzymać :)

Zastanawiam się, dlaczego niemal w ogóle nie piszemy o aktorstwie Michaela Caine’a, Gary’ego Oldmana, Morgana Freemana, Marion Cotilliard, Josepha Gordona-Levitta czy (olśniewającej i grającej obok Caine’a pierwsze skrzypce w moim odczuciu) Ann Hathaway?

BORYS: Może dlatego, że prawie wszyscy z tych aktorów występowali u Nolana wcześniej, więc wiemy, że można na nich liczyć, że odnajdują się w batmanowych rolach i że reżyser umie ich prowadzić? Szkoda, że Oldman i Caine nie mieli zbyt dużo czasu ekranowego. Ostatnio w ogóle myślałem o postaci tego ostatniego i doszedłem do wniosku, że Alfred nie musiał wcale zniknąć na pół filmu; wbrew pozorom zakończenie tego nie wymagało. W trakcie "okupacji” Gotham mógł więc z powodzeniem występować gdzieś w tle. A Ann Hathaway...? Przyznam, że mam letni stosunek do umiejętności aktorskich tej pani. O ile jej Kobieta-Kot... przepraszam, jej Selena Kyle rzeczywiście dobrze wpisuje się w konwencję TDKR, o tyle wolałem zdecydowanie seksowną drapieżczość Michelle Pfeiffer. Miała ostrzejsze pazurki.

DECKARD: Na zakończenie naszej rozmowy mam jeszcze jedno pytanie: chciałbyś aby Christopher Nolan usiadł z Josephem Gordon-Levittem nad przygodami Robina/Nightwinga?

BORYS: W żadnym wypadku! Niech zabiera się raczej za dalsze wybitne ekranizacje mało znanych książek fantastycznych, lub niech znów zaskoczy nas bezprecdensowym i wysokobudżetowym mariażem różnych konwencji. Nolan to zbyt dobry reżyser, by miał się marnować na kolejnych odcinkach superbohaterskiego serialu, choćby i takiego z najwyższej półki.






Komentarze

Borys (2012-09-20 22:09:04)

Owszem, trzeba, ja używam określenia "komiksowy" w znaczeniu zdefiniowanym przez słownik Doroszewskiego:http://sjpd.pwn.pl/haslo/komiksy/:)

Borys (2012-09-20 22:09:12)

"z drugiej strony mieliśmy trening wśród ninja, charakterystyczną kolej biegnącą nad Gotham, Stracha Na Wróble jeżdżącego konno i dzielnicę industrialno-więzienną w sercu miasta"

Mateusz (2012-09-20 22:09:17)

Dokładnie takiej, "komiksowej", a jakże, odpowiedzi się spodziewałem. :)

Mateusz (2012-09-20 22:09:18)

http://cdn.memegenerator.net/instances/400x/24210956.jpg

Mateusz (2012-09-20 22:09:50)

W porządku, czepiam się samej "komiksowości". Wszak na "komiksowe" nakładać należy "realistyczne", czyż nie?

Borys (2012-09-20 22:09:54)

Ale wiesz, ja nie używam tutaj określenia "komiksowy ekscentryzm" w sensie pejoratywnym. Wprost przeciwnie. BB był dzięki niemu najfajniejszą częścią trylogii, bo zdradzał komiksowy rodowód historii, na który nałożono całkiem grubą warstwę realizmu.

Mateusz (2012-09-20 22:09:58)

Niestety, czuję, że hejtowaniem TDKR niczego tutaj nie wskóram.Borys, rozwiń tylko, proszę, co rozumiesz przez "komiksowy ekscentryzm". :)

LordThomas (2012-09-21 12:09:38)

Borys, dobra definicja komiksu!+1

DeckardPL (2012-09-22 10:09:25)

W sumie podyskutowałbym też o Prometeuszu, ale może poczekajmy do Directors Cut, te 20 minut seksu Meredith z Janekiem może zaważyć na ocenie :-D