Blogrys

Logika różnorodności

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Wydaje mi się, że niewiele osób słyszało o dwóch matematycznych modelach, którym udało się z przenikliwością opisać tłuste kawałki rzeczywistości ekonomiczno-społecznej. Sam dowiedziałem się o nich całkiem niedawno – z czego płynie arogancki wniosek, że jeżeli ja dowiaduję się o czymś późno, to zdecydowana większość ludzi nie wie o tym w ogóle.

Mowa o teorii wyboru społecznego Kennetha Arrowa (1951) oraz o logice kolektywnego działania Mancura Olsona (1965). W największym skrócie: Od Arrowa dowiadujemy się, że nie da się stworzyć zasad plebiscytowych (np. systemu wyborczego), które agregowałyby indywidualne preferencje w spójny sposób. Nie chodzi tu oczywiście o banalną obserwację, że jakaś propozycja (jakiś kandydat) zawsze musi przegrać, lecz o nieoczywisty fakt, że matematyczną niemożliwością jest precyzyjne ułożenie klasyfikacji kolektywnej z klasyfikacji indywidualnych.

Twierdzeniem Arrowa o niemożności robię zwykle w trąbę swoich uczniów na pierwszej lekcji matematyki. Wpierw opisuję im pokrótce tematy, które będziemy omawiać i mówię, jak poprzedni rocznik ocenił ich względne poziomy trudności.



A teraz sami zdecydujcie, na podstawie tej informacji, w jakiej kolejności chcecie te rozdziały przerabiać mówię.

Każdy uczeń sumiennie układa swoją propozycję. Na razie problemu nie ma.

To teraz jeszcze ustalcie wspólnie, jako klasa, jak będzie wyglądała kolejność. Wypracujcie jakiś konsensus.

Nie umieją – nie są w stanie! – dojść z tym do ładu i proszą wreszcie, żebym ja ich rozsądził. Proponuję więc swoją (przypadkową) kolejność, którą wszyscy akceptują. A potem podczas ewaluacji, w podpunkcie o „współuczestnictwie uczniów w planowaniu zajęć”, i tak zgarniam najwyższą ocenę. I wilk syty, i owca cała.

Tyle Arrow. A Mancur Olson? On z kolei postawił na głowie obawę dotyczącą strukturalnej wady demokracji.

Otóż wcześniej uważano, że największe wyzwanie dla ustroju stanowi groźba wyzysku mniejszości przez większość. Olson wykazał, iż jest odwrotnie – ponieważ interesy większości są rozproszone, a interesy mniejszości skoncentrowane, to raczej mniejszość będzie załatwiać swoje sprawy kosztem większości.

Chodzi o to, że jeśli należysz do większości, będziesz mniej skory zadziałać, bo przecież ktoś inny zrobi to na pewno za Ciebie, prawda? Z kolei będąc członkiem mniejszości posiadasz silniejszą zachętę, by zakasać rękawy i zadbać o swoje korzyści. Mniejszość okaże się zatem statystycznie efektywniejsza. Większość przegrywać będzie natomiast z powodu licznych „pasażerów na gapę”.

Dla porządku dodajmy, że logika kolektywnego działania spotkała się z poważniejszą krytyką niż teoria wyboru społecznego. Może właśnie dlatego nie zdołałem jeszcze jej obrócić przeciwko uczniom?

Do Olsona i Arrowa próbuje od niedawna dołączyć Scott Page ze swoją logiką różnorodności. Bardzo ciekawa sprawa: Chodzi o szczegółowe badanie sytuacji, w których ludzka różnorodność pomaga w znajdywaniu nowych, lepszych rozwiązań.

Wyobraźmy sobie grupę inżynierów. Postawiono przed nimi zadanie zbudowania mostu w trudno dostępnym miejscu. Jak to zrobić, mniej więcej wiadomo; chodzi jednak o zmaksymalizowanie współczynnika nośności i kosztu.

Jeżeli wszyscy inżynierowie są mężczyznami w wieku 30-40 lat z dyplomami z tej samej uczelni, będą najprawdopodobniej myśleli podobnie. Współpraca będzie im układać się wspaniale, lecz o prawdziwie innowacyjne rozwiązanie będzie im trudno. Mówiąc językiem optymalizacji: będą poruszać się wokół tego samego lokalnego szczytu współczynnika; wysokiego, ale niekoniecznie najwyższego.

Jeśli jednak zadbamy o różnorodność w grupie – płciową, wiekową, kulturową – z początkowego galimatiasu pomysłów wyłonić się może projekt niespodziewany i zarazem bardzo dobry. Rychło okaże się, że różnorodność pomaga, nie przeszkadza, w osiąganiu znakomitych wyników.

Dla wojowników o sprawiedliwość społeczną powyższy wniosek jawi się jako truizm. Konserwatysta pokręci głową i powie, że koniec końców wszystko zależy od „twardych” kompetencji osób tworzących zespół, nie od ich różnorodności samej w sobie.

Zresztą, pal licho projekty inżynieryjne. Czy logikę róznorodności można ekstrapolować na instytucje i politykę? Tutaj pojawia się problem wartości kulturowych. Im większa różnorodność, tym bardziej wartości będą się rozjeżdżać, i tym trudniej będzie o porozumienie co do wspólnych celów. Życie to nie most.

Więc może zacznijmy od uzgodnienia tychże celów?

To niemożliwe, odpowiada szyderczo twierdzenie Arrowa. Tej zgody nie osiągniemy nigdy.