Blogrys

Obejrzane w 2018 r.: Najlepsze, cz. 2

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

the bad sleep well kadr

Zły śpi spokojnie (reż. Akira Kurosawa; 1960)

the bad sleep wellKurosawa zdobył światowe uznanie jako mistrz kina samurajskiego, lecz osobiście wolę chyba jego dokonania sensacyjne. Zły śpi spokojnie to tematyczny krewniak drugiego sezonu Detektywa. Tutaj również oglądamy, jak korupcja przeżera tkankę społeczną, a protagonista stawiający jej dzielnie czoła skazany jest na szekspirowską porażkę. Cóż, gdy sprytni biznesmeni i cwani politycy prowadzą konszachty z nieprzebierającymi w środkach bandytami, należy w ekspresowym tempie wynosić się z miasta.

Zły śpi spokojnie stanowi środkową część tzw. „trylogii noir” Kurosawy. Jej bohater, Koichi Nishi (w tej roli oczywiście niezawodny Toshiro Mifune), pracuje jako sekretarz pana Iwabuchi, wiceprezesa dużej, państwowej firmy budowlanej. Poznajemy go w chwili awansu społecznego: Nishi żeni się właśnie z okulałą Yoshiko, córką Iwabuchiego. W trakcie wesela wychodzi na jaw, że firma Iwabuchiego zamieszana jest w aferę korupcyjną. Niedługo potem widz odkryje, że przeszłość Nishiego także skrywa pewną tajemnicę.

Zły… to po części „agresywna opowieść o chciwości i morderstwie podszyta filozoficzną nutką”, a po części demonstracja kunsztu reżyserskiego Kurosawy będącego wówczas u szczytu formy. Na uwagę zasługuje już pierwsze, starannie skadrowane ujęcie, w którym oczami zafrapowanych dziennikarzy obserwujemy początek uroczystości weselnych. Obiektyw lizać. I niech nikogo nie zmyli gwałtowne, pozornie topоrne zakończenie. Wszak w rzeczywistości bad-endy też nie bywają poetyckie.

It's Such a Beautiful Day (reż. Don Hertzfeldt; 2012)

Arcydzieło, chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie na takie nie wygląda.

its such a beautiful day kadr

Taki piękny dzień jest prymitywną animacją wyreżyserowaną, napisaną, narysowaną i nakręconą przez jednego człowieka (najwyraźniej geniusza), Dona Hertzfeldta. Jej bohater cierpi na bliżej nieokreśloną chorobę neurologiczną (rak mózgu?) lub psychiczną (ostra schizofrenia?). Zaburzenia pamięci uniemożliwiają Billowi normalne funkcjonowanie, prześladują go także surrealistyczne, koszmarne wizje. Relacje z najbliższymi załamują się. W szwach trzeszczy rzeczywistość. Umysł Billa degeneruje się na naszych oczach w nieodwracalny, przerażający, fascynujący sposób.

Niesamowity film, który wciąga od pierwszej minuty i serwuje nam na koniec wzruszające, dwuznaczne, metafizyczne zakończenie. Polecam gorąco. I nie tylko ja. It's Such a Beautiful Day zachwycił krytyków i zajmuje obecnie wysokie miejsca na listach najlepszych filmów animowanych wszech czasów.

Jeżeli chcecie wypróbować kreatywność i kreskę Hertzfelda, obejrzyjcie dwuminutowy (czyli rekordowo długi) „skecz kanapowy” z czołówki Simpsonów, którym rysownik we wrześniu 2014 r. rozpuścił mózgi połowie Stanów Zjednoczonych.

Służby specjalne (reż. Patryk Vega; 2014)

sluzby specjalneMój pierwszy Vega. Przeżyłem. Nikt nie przyszedł i nie zrobił mi (estetycznego) samobójstwa. Jasne, umieszczam Służby specjalne w poniższym zestawieniu trochę na wyrost – zamiast nich mógł trafić tutaj na przykład Captain Fantastic z Viggo Mortensenem wychowującym gromadkę dzieciaków w stylu survivalowym – jednak w kategorii „polskie kino sensacyjne realizowane według nowoczesnego wzorca” bronią się Służby… nie najgorzej.

Okej, okej, okej. Dostrzegam tępe krawędzie reżyserii, wyczuwam chropowatą powierzchnię scenariusza, słyszę warsztatowe chrupnięcia. Vega nie radzi sobie z prowadzeniem dobrych skądinąd aktorów (Grabowski, Chabior, Kulesza), którzy przed jego kamerą czasami szarżują, a czasami są sztuczni; z kolei dwóch odtwórców ról głównych (Bołądź i Zielińskiego) należałoby w trymiga wymienić.

Niemniej, obejrzałem film z przyjemnością i przymrużonym okiem, traktując wydarzenia fabularne jako autorską interpretację zdarzeń politycznych w Polsce w latach 2006-2014. Wiadoma sprawa, że Lepper sam sobie życia nie odebrał.

Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy (reż. Jerzy Gruza; 1973)

Kto by pomyślał, że już na początku lat siedemdziesiątych w PRL-u kręcono kpidokumenty („mockumentary”). Ludowi cenzorzy nie zrozumieli najwyraźniej konwencji, ponieważ film Gruzy ze scenariuszem Himilsbacha półkował przez siedem lat. Na szczęście teraz dostępny jest nawet na YouTubie.

Obywatel Karolak, który niedawno wyszedł z więzienia po wieloletniej odsiadce, a obecnie żyje z renty matki (pyszna pierwsza scena, w której bohater próbuje wycyganić od rodzicielki pieniądze na wódkę), wraz z innymi zgromadzonymi przed pośredniakiem bezrobotnymi dostaje ofertę jednodniowej pracy. Werbuje ich osobiście zakładowy kierownik; chodzi o rozładowanie wagonów kolejowych z grysu. Płaca nie należy do wygórowanych, więc kierownik wpada na pomysł, by po zakończeniu roboty zorganizować dla „załogi” tytułowe przyjęcie, oczywiście z poczęstunkiem, popitką, a nawet prezentami.

W roli Karolaka – Zdzisław Maklakiewicz. W roli kierownika – Leon Niemczyk. Na drugim planie Olgierd Łukaszewicz. Łącznie – niecała godzina wyborowej zabawy. Warto.

przyjecie na dziesiec osob plus trzy

Proces (reż. Agnieszka Holland i Laco Adamik; 1980)

procesPonieważ wszyscy rozumiemy, że dobry teatr telewizji jest dobry, że Roman Wilhelmi wielkim aktorem był i że Proces Franza Kafki to wybitne dzieło niezwykłego pisarza, napiszę niewiele. Po prostu: Obejrzyjcie telewizyjną inscenizację z 1980 r. przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Doskonała rzecz. Jej jedyna wada polega na tym, że po napisach końcowych od razu chcemy przypomnieć sobie książkę, a po ponownej lekturze nabieramy ochoty na ponowne obejrzenie wersji Agnieszki Holland, i tak bez końca, przynajmniej dopóki do naszych drzwi nie zapukają dwaj smutni, ubrani na czarno urzędnicy. Ktoś musiał zrobić na nas doniesienie.

Akcja pod Arsenałem (reż. Jan Łomnicki; 1977)

Z ciekawości przejrzałem tytuły filmów wojennych z 1977 r. i odkryłem, że chociaż Akcja pod Arsenałem z pewnością nie może równać się z O jeden most za daleko, Żelaznym krzyżem ani Wniebowstąpieniem, to z pewnością zasługuje na postawienie jej zaraz w drugim rzędzie.

Tragiczne losy Jana Bytnara „Rudego” znamy z obowiązkowej lektury Kamieni na szaniec w podstawówce. Akcja pod Arsenałem jest ich rzetelną ekranizacją. Obserwujemy działalność Rudego i kolegów w akcjach sabotażowych, aresztowanie, gestapowskie tortury, heroiczną próbę odbicia jeńca z więźniarki podczas transportu. Nagle okazuje się, że mamy do czynienia z prawdopodobnie najlepszym polskim filmem wojennych lat 70. (chociaż, przyznajmy, konkurencja niezbyt silna) z charyzmatycznym Englertem w roli Orszy.

akcja pod arsenalem

(Na marginesie: Pod wpływem Akcji… przeczytałem ponownie – równo po dwudziestu latach – książkowy pierwowzór. Byłem przyjemnie zaskoczony znakomitym warsztatem Kamińskiego, który z wielką energią splótł autentyczną kanwę z powieściowym rejestrem. W podstawówce człowiek nie miał szans takich zalet dostrzec; za wcześnie każą nam czytać klasyków.

W Kamieniach na szaniec martyrologia i akowska propaganda występują co prawda w dużym stężeniu. Bohaterowie, wbrew temu co sugeruje apologetyczne posłowie mojego wydania, bez zmazy i skazy. Kochają swoje matki, dbają o rozwój ciała i ducha, walczą z Niemcami bez lęku i nienawiści. Pamiętajmy niemniej, że książka powstała jeszcze w 1943 r. Kamiński pisał ją dla pokrzepienia serc, w odpowiedzi na propagandę okupacyjną. Nie mogła być inna.

A ja nabrałem ochoty na lekturę Zośki i Parasola.)

Hereditary (reż. Ari Aster; 2018)

hereditaryNajgłośniejszy horror minionego roku; film, który podobał mi się bardziej niż Babadook i Coś za mną chodzi, a to wszak niemałe osiągnięcie. Trudno jednakże napisać coś o fabule. Bynajmniej nie dlatego, że odznacza się skomplikowaniem, lecz dlatego, że najpierw rozwija się powoli, a potem nagły zwrot akcji ustawia ją na nowym torze. Musiałbym więc albo popaść w banał, albo w spojler. Zresztą, wiele rzeczy dzieje się tutaj poza kadrem. Zadanie widza polega poniekąd na ułożeniu sobie całości (szkoda tylko, że finałowa scena uprawia niespodziewanie łopatologię – czyżby na potrzeby amerykańskiej publiczności?). O fabule koniec końców nie napiszę więc nic.

Nie przeszkodzi mi to jednak w kilkukrotnym pochwaleniu Hereditary. Po pierwsze, za straszenie atmosferą i psychologią, bez uciekania się do jakichkolwiek (!) jump scare'ów. Po drugie za to, że Ari Aster na trzy różne sposoby (fabularny, metafabularny i charakterologiczny) oszukuje widza. Po trzecie za to, że bawi się poniekąd fabułą innego klasycznego horroru (nie napiszę jakiego, bo znowu byłby to spojler). Po czwarte za to, że pewne sceny zostają z widzem na długo i przypominają mu się po wielu tygodniach, na przykład wtedy, gdy leży w ciemnym pokoju w łóżku i nie może zasnąć, a z oknem wieje akurat mocno wiatr.

Hereditary jest inteligentnym horrorem robiącym wiele rzeczy dobrze. Od perfekcji dzieli go wspomniana łopatologia finałowej sceny oraz mniej więcej dwadzieścia minut drugiej połowy, podczas których niewiele się dzieje (także w sensie psychologicznym). Film łapie wówczas oddech przed ostatnim aktem, co akurat rozumiem i wyjątkowo nie uważam – choć wyznaję zasadę „mniej znaczy więcej” – że ów okres trzeba było wyciąć. Rytm Hereditary wymaga pełnych dwóch godzin filmowej taśmy. Niemniej, rzeczone dwadzieścia minut należałoby lepiej zagospodarować; najlepiej jakimś pomniejszym wątkiem, który wzbogaciłby całość o dodatkowy element.






Komentarze

m. (2019-01-26 17:59:53)

Przyjęcie... to świetny film, i świetna rola Niemczyka. Socjalistyczny dyrektor z ludzką twarzą. Swoją drogą to ciekawe jakby dzisiejsza kadra menadżerska odnalazła się w minionej rzeczywistości.