Blogrys

Godzinki

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

w_zla_godzine-ksiadz.jpg

Jak rozmawia się z matką, gdy ma się naście lat? Zupełnie nie pamiętam. A jak rozmawiamy z matką w wieku nastoletnim, jeżeli właśnie skończyła się straszna wojna, która obróciła kraj w ruiny, a nasz ojciec, jej mąż, stracił na niej życie? Szczęśliwie nie mogę tego wiedzieć z autopsji. Kąkolewskiemu zaś, który usiłował przedstawić ową relację w swej powieści, na jotę nie uwierzyłem. Albo stosunki między matkami i synami były podówczas całkiem inne niż dzisiaj, albo też pisarz popuścił wodze fantazji. Rachunek prawdopodobieństwa wespół z kilkoma poszlakami kompozycyjnymi podpowiadają, że zapewne to drugie.

krzysztof_kakolewski.jpgZmarły trzy lata temu Krzysztof Kąkolewski jest rzekomo najwybitniejszym – obok Melchiora Wańkowicza, Hanny Krall i Ryszarda Kapuścińskiego – polskim reportażystą minionego wieku. Jednakże wśród osób, które nie są za pan brat z antologiami Mariusza Szczygła, nazwisko jego pozostaje raczej nieznane. W okryciu się gatunkową sławą autora chętnie wznawianego i omawianego na salonach przeszkodził mu, zdaje się, „trudny charakter, przez który wyrzucano go ze wszystkich redakcji, w jakich pracował” – jak napisał Max Fuzowski w artykule pod znamiennym tytułem „Szakal reportażu”.

Za opus magnum Kąkolewskiego uchodzi Co u pana słychać?, podsumowany niewinnym pytaniem zbiór wywiadów przeprowadzonych w latach 70. z (byłymi?) zbrodniarzami hitlerowskimi, m.in. z generałem SS Heinzem Reinefarthem, fachowcem od represji, „katem Warszawy”. Drugą ważną książkę w dorobku stanowi wydany trzy lata wcześniej reportaż Jak umierają nieśmiertelni poświęcony zamordowaniu żony i przyjaciół Romana Polańskiego przez członków Rodziny Mansona. Żadnej z tych książek nie znam z pierwszej ręki – ba, o ich istnieniu dowiedziałem się niedawno – ale warto zaznaczyć, że o ile internetowe recenzje Co u pana słychać są rzeczywiście entuzjastyczne, o tyle Nieśmiertelnym zarzuca się już pomieszanie literatury faktu z poplątaniem osobistych wspomnień.

w_zla_godzine-okladka.jpg ★★☆☆☆

Kąkolewski spłodził także pół tuzina powieści. W złą godzinę (1983) od pewnego czasu gorąco polecał mi przyjaciel – aż wreszcie znienacka pożyczył. Niestety, tym razem nasze gusta wyminęły się z pełną prędkością. Jego bolid pomknął dalej, niesiony najwyraźniej specyficzną atmosferą książki; ja usnąłem za kółkiem, znudzony niemożebnie monotonną fabułą, i roztrzaskałem się na warsztatowym murze. Zaiste, w złą godzinę porozmawialiśmy sobie o polskiej literaturze, w złą godzinę…

Właśnie skończyła się Druga Wojna Światowa. Polska (Rzeczpospolita, jeszcze nie Ludowa) powoli dźwiga się ze zgliszczy. Kruś wraca do szkoły. Z końcem sierpnia 1945 r. nasz bohater trafia do krakowskiego liceum prowadzonego przez księży. W internacie poznaje aroganckiego Alfę, z którym zaprzyjaźni się na resztę życia. Będą musieli wesprzeć się już na samym początku roku szkolnego, gdy popadną w konflikt ze Zbukiem i Kukułą, gnębicielami słabszych kolegów i prymusami.

Nie, to nie pomyłka gramatyczna. „Prymusami” w narzędniku, nie „prymusów” w dopełniaczu. Nie chodzi o to, że Zbuk i Kukuła pastwią się nad okularnikami; oni sami są zdolnymi, pracowitymi uczniami, jak później zaznaczy to przelotnie narrator. Tymczasem socjologia szkoły krzyczy, że takie połączenie jest wręcz niemożliwe, że piątkowi uczniowie nie mają w zwyczaju terroryzować fizycznie rówieśników.

Nie będę, heh, znęcał się nad pojedynczym szczegółem światła przedstawionego. W skali powieści to charakterologiczne kuriozum nie posiada większego znaczenia. Jest jednakże symptomatyczne, gdyż na polu psychologicznym kiksów u Kąkolewskiego pojawia się sporo. Niechlujny warsztat? Kiepska intuicja autora? Niełatwo rozstrzygnąć tę alternatywę, lecz z wątpliwości co do przyczyn czytelnik pocieszenia czerpać nie będzie.

W złą godzinę krąży tematycznie wokół uczuciowego, szkolnego i intelektualnego (w takiej mniej więcej kolejności) życia młodego człowieka. Kruś zmaga się z matematyką i historią, chodzi na prywatki, spotyka się z Halinką, toczy długie, egzystencjalne dysputy z Alfą i matką. Przykładowy dylemat Krusiowej rzeczywistości wygląda tak:

— Nie mamy patefonu, ale jest harmonista. W zwykły dzień nie weźmie dużo. Rzecz w tym, że nie znam dobrych dziewczyn. Znam takie, co chodzą do szkoły krawieckiej albo są brzydkie. Zaczepilibyśmy i zaprosilibyśmy dziewczyny.

— Dlaczego nie chcecie tych ze szkoły krawieckiej?

— Mają stałych chłopców, myślą o małżeństwie, puszczają się. Są dorosłe, będą pracować. Jak ci to wytłumaczyć? Nie znasz miejscowych stosunków. Nie wypadałoby.

W wyrywku brzmi nieźle, lecz przeczytanie tych czterystu stron z okładem przychodzi niestety ciężko. Początkowo człowieka pcha ciekawość: o czym właściwie będzie ta książka? Jaką tajemnicę skrywa niepokojący tytuł?

O niczym, absolutnie żadną! W powieści nie uświadczymy żadnej intrygi: ani pedagogicznej, ani emocjonalnej, ani politycznej. Edmund Niziurski rozumiał dynamikę szkolnej ławki o trzy rzędy wielkości lepiej – porównania z autorem Sposobu na Alcybiadesa nie podkopuje bynajmniej fakt, że tamten poruszał się w rejestrach humorystycznych – zaś od rozterek Krusiowego serca – „Halinkę czy Malinkę?”1 – rozbolała mnie dwunastnica. Na domiar złego książka wystukana jest rytmem zdań o podobnej długości, co widać doskonale w powyższym cytacie.

Docieramy zatem do sądnego punktu, w którym o wartości dzieła przesądzi jego kluczowy, niechybnie dopieszczony („dopieszczony”) przez autora element: dialogi. Częste, długie, zawzięcie egzystencjalne. Bohaterowie Kąkolewskiego nie dyskutują o cenach salcesonu, oj nie. A więc powieść z filozoficznym kluczem? W odpowiedzi wznoszę bezradne, umęczone oczy do nieba. Dawno nie czytałem książki, w której dialogi – i zarazem konwersacyjne pozy przybierane przez postacie – byłyby tak niesamowicie wystudiowane, tak skrajnie sztuczne. Tyczy się to przede wszystkim rozmów prowadzonych przez Krusia z matką. W książce jest ich bez liku, więc otworzę W złą godzinę na chybił-trafił i przepiszę pierwszy z brzegu, stuprocentowo reprezentatywny przykład:

— Mamo! — ryknął Kruś — przecież to o Halince mowa. Wiedziałaś nawet, że jest brzydka, że jej rodzice w niewiadomy sposób zdobyli majątek w czasie wojny.

— Chłopcze, byłeś rycerski?

— Jak miałem być, skoro uznałaś ją za brzydką?

— Gdyby tu był drugi, trzeci pokój i tam gdzieś za drzwiami ojciec, nie śmiałbyś…

— Ty wierzysz, że ojciec nas słyszy teraz?

— Nie wiem, synu. Może, nim zginął, w jakiejś chwili wybiegł myślami poza swoją śmierć, wyobraził sobie… może nawet w tę chwilę… coś zobaczył… — załamał się jej głos.

— Co by zobaczył?

— Swoją żonę i syna rozmawiających o nim. Nie zapomnieli, nie zdradzili go. Są dalej z nim. Jego śmierć nie ma znaczenia. — Po chwili dodała: — Kiedy tu szłam, myślałam: zbiję go, skatuję, nie zdąży się obronić. Nie przejmujesz się, że martwisz matkę.

Fakt, że przynajmniej jedną osobę W złą godzinę zachwyciło, nakazuje mi zachować minimum pokory. Są najwidoczniej czytelnicy, którym kilkaset stron dialogów utrzymanych w takim tonie porusza w duszy jakieś struny. Ja również nie życzę sobie, by bohaterowie byli płytcy, lecz nie wolno kopać tak głęboko, by wszyscy wpadli do gestaltycznego dołu i połamali sobie w nim nogi. Może należałoby W złą godzinę rozpatrywać w kategoriach delikatnego surrealizmu obyczajowego? Może. Ja wolę Schultza.

Od wystawienia najniższej oceny powstrzymują mnie dostrzeżone w powieści okruchy zalet. Po pierwsze, w tle świata przedstawionego czai się widmo komunizmu, który lada rok podporządkuje sobie Polskę i zrobi z niej radzieckiego wasala. Kąkolewski zrezygnował niestety z wykorzystania tkwiącego tu politycznego potencjału, nie zderzył optymizmu związanego z zakończeniem wojny z obawami przed twardą przyszłością. Niby w finale o duszę Krusia powalczą przez kilkanaście stron dwie ideologie, lecz przebieg i wynik rozgrywki wypadną nieprzekonująco, nie mówiąc już o tym, że taki epilog kiepsko skleja się z halinkowymi-malinkowymi perypetiami wcześniejszych rozdziałów.

Po drugie, autor stosuje bardzo przeze mnie lubiany, rzadko stosowany w literaturze zabieg narracyjny: co pewien czas wybiega na wiele lat w przyszłość opowiadając od niechcenia, jak ułożyły się dalsze relacje Krusia z daną osobą.

Po trzecie, zdarzają się tutaj (raz na kilkadziesiąt stron) fragmenty warte wynotowania. Kąkolewski ukuł przynajmniej trzy aforyzmy:

Sposób, w jaki człowiek się boi – to jego charakter.

Nie odkładaj niczego, ale jeśli będziesz zmuszał wydarzenia, żeby zaszły wcześniej, okażą się bezsensowne, karłowate, blade jak rośliny, które puściły pąki w piwnicy.

Władza to spostrzeganie drobiazgów, które zapowiadają rzeczy wielkie.

przynajmniej jeden raz wyposażył Krusia we frapującą, okrutną cechę charakteru:

Kruś nienawidził ludzi rozczarowanych (po co kiedyś się łudzili? Dlaczego nie postępowali tak, żeby marzenia ich się spełniły?).

zadał kłam zasadom oceniania kształtującego:

— Nie chcę być okrutny — mówił Soboń. — Chcę, by uczniowie, którzy i tak skazani są na pozostanie w klasie, nie łudzili się. Zacznę od nich. Przepytani będą wszyscy, ale w kolejności odwrotnej – najlepsi na końcu, tam w grę będzie wchodzić wyważenie stopni. Dlatego zacznę już dzisiaj. Podhorecki, znam twoje dobre intencje, pracowitość, spóźniony wiek, zarazem mam obawy, że nie będziesz mógł nam towarzyszyć w następnej klasie.

Podhorecki z powagą wstał, odrzuciwszy włosy z czoła:

— Panie profesorze, czyli uczniowie lepsi będą mieli więcej czasu, by się przygotować? Nie wiedziałem o niczym, więc nawet nie zajrzałem do książki, a oni będą mieli miesiąc?

— Tak — odparł Soboń — miesiąc męki tobie na nic się nie przyda. Średnia z wypracowań i odpowiedzi zabije cię. Gdybyś zdał na piątkę, co nie jest możliwe, i tak — zajrzał do notesu — wypadnie ci 2,2. Nie chodzi o to, że nie umiesz pisać po polsku, ale ty jesteś jakby analfabetą. Nie umiesz w ogóle pisać i czytać. Chcę cię tylko oszczędzić.

— Całą wojnę pasłem bydło. Nie czytałem od 1939 do 1945 roku.

— A przedtem?

— Przyznam, nieczęsto. Też pasłem bydło.

a także, co najważniejsze, dokonał prefiguracji Testovirona:

W dzieciństwie kuzynka wyciągnęła pomarańczę w jego kierunku i powiedziała: „Proś”. Nie znosił pomarańczy, a jednak, żeby jej zrobić przyjemność, prosił. Okazując mu pogardę, zjadła na jego oczach owoc.

Ja może jeszcze nie dojrzałem, ale summa summarum zalecam trzymanie się od W złą godzinę tak daleko jak błogosławiony Tadeusz od pоrnograficznego zdjęcia. Jeżeli ktoś Wam podsunie pod nos – wyskakujcie z samochodu!

____________________
1 W gruncie rzeczy rywalką Halinki jest Milka (Emilia), nie żadna „Malinka” ale postanowiłem złośliwie przekręcić i zrymować. Proszę więc nie zarzucać mi nieznajomości recenzowanego tekstu (ciekawe swoją drogą, ilu apologetów znalazłaby ta powieść).

Zdjęcie w nagłówku wziąłem od jezuitów (jego autorem jest Nick Alexopulos). Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie lepszy będzie charakterystyczny naszyjnik-zegar Flavora Flava z legendarnej grupy hip-hopowej Public Enemy, ale powaga dydaktyczna zwyciężyła.

 






Komentarze

Arek (2018-06-19 19:27:10)

To było w Kielcach, nie w Krakowie. Dwa że nie dla intrygi się to czyta. Ale nie dla każdego są pomarańcze, nie dla każdego :)