Blogrys

Strach przed czarną planetą

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

hip_hop_history

Siema! Pytanko takie: Co łączy hip-hop, Aloszę Karamazowa, Pana Boga i morderczego klauna?

Wszyscy są grubi. No, w każdym razie poświęcone im książki są grube.

The Big PaybackBracia KaramazowPismo Święte Nowego Testamentu oraz To były czterema najokazalszymi książkami przeczytanymi przeze mnie w zeszłym roku. Łącznie prawie 3500 stron – jedna czwarta drukowego wolumenu, z którym obcowałem.

Na opus magnum Stephena Kinga narzekałem tutaj opowiadając przy okazji o swoim strasznym dzieciństwie („skrócenie Tego o połowę (sic!) bardzo by powieści pomogło, chociaż nie uratowałoby jej w pełni, ponieważ nużenie czytelnika nie jest jedynym grzechem”), o Braciach Karamazow pisałem niedawno tutaj naśladując nieudolnie styl Dostojewskiego („uważam na razie Braci… za bardzo dobrą — wręcz wciągającą! — powieść, lecz nie za totalne arcydzieło”; przeczytam ich jednak kiedyś raz jeszcze w nowym polskim przekładzie Pomorskiego), zaś o wrażeniach wyniesionych z lektury Nowego Testamentu wspomniałem rok temu („gdybym miał ocenić go jako zwykłą książkę do czytania – co oczywiście jest optyką absurdalną – musiałbym podsumować ją trójką z plusem”). Dzisiaj pogadamy więc o twardych Murzynach z Bronksu, którzy w chwilach wolnych od paskudnej przemocy rapują o rasowych stereotypach białych blogerów z Polski tudzież Norwegii.

Od mniej więcej roku fascynuję się hip-hopem. Niespodziewaną inicjację przeprowadził serial The Get Down opowiadający o narodzinach HH w Nowym Jorku w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Netfliksowa produkcja była podkoloryzowana, udramatyzowana, miejscami rozbuchana (stał wszak za nią Baz Luhrmann, najbardziej barokowy ze współczesnych hollywoodzkich reżyserów), ale w grubszych zarysach zgodna z historycznymi realiami.

Po ostatnim, jedenastym odcinku stwierdziłem, że chociaż ciągu dalszego nie będzie1, moja przygoda z HH wcale nie musi się w tym punkcie zakończyć. Obejrzałem potem z pół tuzina fabularnych i dokumentalnych filmów hip-hopowych, i oczywiście zacząłem słuchać rzeczonej muzyki, gatunku, który do tamtej pory był mi całkowicie, zupełnie, bez reszty obcy – nawet troszeczkę obmierzły.

Dziś mogę się pochwalić, że w ciągu minionych dwunastu miesięcy przesłuchałem prawie trzysta kanonicznych albumów. Zwiedziłem praktycznie cały amerykański HH, począwszy od Grandmastera Flasha i Kurtisa Blowa, a skończywszy na DAMN., płycie, za którą miesiąc temu Kendrick Lamar otrzymał swoją drugą Grammy. Profesor Chojny, alter ego autora Blogrysa, oprowadzi Was po tym świecie w innej notce. Dzisiaj rozmawiamy wszak o książkach. Hip-hopowych.

the_big_paybackNajfajniej czytało mi się The Big Payback Dana Charnasa, historię HH przedstawioną z punktu widzenia wydawniczo-biznesowego. Temat nie brzmi porywająco, jednakże Charnas spisał się na medal. Przeprowadził wywiady z kilkudziesięcioma (kilkustoma?) osobami z branży docierając także do jej największych tuzów2, uporządkował materiał, ustawił fakty w luźnym, ale wyczerpującym szyku, i poprowadził barwną, rozpisaną na osiem długich rozdziałów gawędę.

Były dziennikarz słynnego magazynu The Source rozpoczął swą książkę od przedstawienia pierwszych hip-hopowych przedsiębiorców. Trafiamy do Wielkiego Jabłka lat siedemdziesiątych. Największe miasto Stanów Zjednoczonych właśnie wygrzebuje się z kryzysu. Muzyka nie zamilkła ani na chwilę, lecz niedługa era disco dobiega właśnie kresu. Dyskoteki co prawda nadal pękają w szwach, ale za rogiem nowej dekady czeka już hip-hop. Niektórzy wyczuli pismo nosem. DJ Hollywood zarabia krocie zagrzewając ludzi do tańca proto-rapowymi wstawkami na sobotnich imprezach. Sal Abbiatello, włoski właściciel klubu Disco Fever, zostaje przezwany „Miłośnikiem Czarnuchów”, ponieważ zaprasza na scenę młodych pionierów pączkującego hip-hopu. A cwane małżeństwo Robinsonów wchodzi w kieszeń żydowskiego gangstera i zakłada Sugar Hill Records, pierwsze wydawnictwo muzycznie specjalizujące się w HH.

Lata osiemdziesiąte to opowieść o pierwszych supergwiazdach gatunku (Run-DMC!) i o krystalizowaniu się wizerunku, na który składały się nienagannie białe adidasy, ciężkie złote łańcuchy i agresywne rymy. Styl ten był początkowo tylko artystyczną pozą, ale w przeciągu niespełna dziesięciu lat złapał sztamę z czarnoskórą gangsterką. Tymczasem po upadku Cukrowego Wzgórza nastała epoka Def Jamu, legendarnego wydawnictwa założonego przez Russella Simmonsa i Ricka Rubina, producentów-promotorów różnych od siebie jak woda i ogień, którzy doskonale się uzupełnili i pchnęli razem hip-hop na mainstreamowy tor.

W latach osiemdziesiątych HH dotarł też do Kalifornii, gdzie jego początki były nieco odmienne, zarówno w sensie muzycznym jak i społecznym. Na Wschodnim Wybrzeżu gatunek zrodził się w oparach disco, natomiast na Zachodzie pierwotni hip-hopowcy byli pod silnym wpływem elektrofunku. Z powodu napięć rasowych panujących w Los Angeles tamtejszy HH szybciej związał się ze środowiskami przestępczymi.

O świętej wojnie West Coastu z East Coastem pewnie słyszeliście. Charnas opowiada tę część historii z punktu widzenia korporacji Warner Bros. Music, która wyczuła miliony dolarów kryjące się w nowej muzyce, ale zarazem bała się, że związana z HH przemoc zaskodzi jej wizerunkowi. Hip-hop stoczył w tamtym czasie jeszcze jedną, ważniejszą, choć mniej znaną wojnę: o afirmację komercyjnych stacji radiowych, których „starzy” didżeje, także czarnoskórzy, wychowani na soulu i disco, bronili się rękami i nogami przed „wulgarną muzyką z getta”. Hip-hop oczywiście zwyciężył, pieniądze z reklam i marek odzieżowych popłynęły szerokim strumieniem w połowie lat dziewięćdziesiątych. U progu nowego tysiąclecia nastała zaś era superwyzwolonego artysty (Jay-Z!), który sam sobie sterem, żaglem i okrętem, tzn. menedżerem, producentem i wydawcą.

cant_stop_wont_stopThe Big Payback jest porządnym kawałem leletrystyki napisanym dziennikarskim stylem w najlepszym tego przymiotnika znaczeniu: szybko, gęsto, wciągająco. Ale „dziennikarsko” nie zawsze znaczy „dobrze”. Sześć lat wcześniej wydano inną historię HH pod chwytliwym tytułem Can’t Stop Won’t Stop3. Jeff Chang, Hawajczyk pochodzenia chińskiego, położył nacisk na aspekt polityczny i inaczej rozłożył szczegółowe akcenty. Z tematem niestety przegrał – chociaż w tej opinii jestem osamotniony, bo jego książka zebrała swojego czasu znakomite recenzje.

Narracja Can’t Stop Won’t Stop zaczyna się u schyłku lat sześćdziesiątych w rozpadającym się (dosłownie i w przenośni) Bronksie, który padł ofiarą „polityki porzucenia”. Dzielnica była trawiona pożarami, jako że podpalenia stanowiły łatwy sposób na spieniężenie polis ubezpieczeniowych. Po zgliszczach grasowały młodociane gangi.

Wtem – pojawił się hip-hop, nowa subkultura, która zróżnicowanymi możliwościami artystycznej ekspresji (breakdance, graffiti, rapowanie, didżejowanie) podbiła w oszałamiającym tempie serca nowojorskich nastolatków tworząc przy okazji coś w rodzaju jednoczącej pokolenie ideologii. Pistolety i noże poszły w odstawkę, zastąpiły je puszki z farbą, mikrofony i tzw. sound systemy rodem z Jamajki.

Pierwszy błąd Changa: Nie podejmuje próby rzetelnej socjologicznej analizy tego ze wszech miar fascynującego zjawiska. Nowjorski HH nie pojawił się znikąd – czerpał pośrednio energię z filozofii afrocentryzmu, a jego muzyczną bazę stanowiły niesamowicie wówczas popularne disco oraz soul – ale pojawił się nagle. Czy potraficie wskazać inną sytuację, w której świeży nurt subkulturowy znieczulił ludzi na biedę i zastąpił przemoc? Czy umiecie wyobrazić sobie na przykład łódzkich dresiarzy, którzy odkładają maczety i kije bejsbolowe, i zaczynają gromadnie uprawiać jakąś wynalezioną na Bałutach, awangardową dyscyplinę sportową?

Socjologia pojawia się na kartach Can’t Stop Won’t Stop dopiero na półmetku, gdy autor opisuje związki hip-hopu z drugą falą amerykańskiego ruchu praw obywatelskich, oraz z przestępcami bujającymi się do rytmu gangsta rapu. W ostatniej części książki Chang opowiada natomiast o okolicznościach, w jakich HH wykorzystał globalizacyjną trampolinę do wskoczenia w główny nurt kultury popularnej. Są to pasjonujące zagadnienia, lecz w Can’t Stop Won’t Stopfaktograficzna kakofonia narasta z rozdziału na rozdział.

Nie chodzi tu tylko o to, że Chang – być może – adresuje swoje dzieło do osób jako tako zaznajomionych z kontekstualną historią HH, co zresztą samo w sobie jest wadą, ponieważ przedstawiając niszowe zagadnienie szerszej publiczności wypadałoby zawiesić poprzeczkę niżej. Drugi i zasadniczy błąd autora stanowi obrana przezeń strategia stylistyczna. Chang pisze szybko, bo chce przelać na papier subkulturowy impet, uzmysłowić nam znaczenie hip-hopu dla społecznej dynamiki mierzącej się z rasowymi i klasowymi wyzwaniami. W efekcie jego pióro rwie się jak winyl torturowany na talerzu przez naćpanego didżeja. Po stu stronach zniecierpliwiłem się, zacząłem gubić w wątkach, przestałem jorgać, czytałem coraz pobieżniej, bo wiedziałem, że autor i tak lada moment skoczy do przodu albo uraczy mnie niechcianą dygresją. Krótko mówiąc, Chang pisze miejscami – parafrazując złośliwie tytuł – bez ładu, bez składu; odwala – posiłkując się slangiem hip-hopowym – uciążliwe braggadacio.

the_big_rap_yearbookCharnas swoją knigę rozkminił. Chang popełnił chałę. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami plasuje się The Rap Year Book Shei Serrano z ilustracjami Arturo Torresa. Bezwstydnie długi podtytuł posłuży za doskonałe streszczenie: „Najważniejsze piosenki rapowe z każdego roku począwszy od 1979, przedyskutowane, roztrząśnięte i zdekonstruowane”.

The Rap Year Book jest książką-listą, która sprawdza się jako interesujący przegląd trzydziestu sześciu esencjalnych hip-hopowych kawałków, ale wypada znacznie gorzej, jeśli chodzi o owo dyskutowanie, roztrząsanie i dekonstruowanie. Widać jak na dłoni, że Serrano nie odrobił pracy domowej. Nie zawsze ma coś odkrywczego do powiedzenia, a strony jakoś zapełnić trzeba. Bezczelnie leje więc wodę i sypie słabymi dowcipami. Im bliżej 2014 r., tym nudniej.4

Słiucham? Chcielibyście przynajmniej poznać zestaw zaproponowanych przezeń piosenek? Luz. Oto trzygodzinna piguła, odtrutka dla każdego techno-muła. Trzymajcie fason, ziomki. SDP.

cdn.

____________________
1 Sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony opowieść o genezie hip-hopu nadaje się tylko na miniserial. Rozciągać jej na kilka kolejnych sezonów rzeczywiście nie należało – już w drugiej połowie The Get Down czuć było, że scenarzystom kończą się „historyczne” pomysły. Z drugiej strony nic nie stało na przeszkodzie, by pociągnąć serial w czasie. W latach 80. hip-hop zapukał do mainstreamu, a potem zawalczył o komercyjne uznanie, podczas gdy w tle rozgorzała raperska wojna między Wschodnim a Zachodnim Wybrzeżem. Dojrzewający, starzejący się Zeke mógłby być świadkiem i uczestnikiem tych wszystkich wydarzeń.

2 Zabrakło Suge’a Knighta, założyciela Death Row Records, który w latach dziewięćdziesiątych wydawał Tupaca, Dra Dre i Snoop Dogga. Suge jest jednak zbójem wikłającym się non stop w przeróżne kryminalne afery. Nie miał pewnie czasu ani ochoty na szczere rozmowy z Charnasem. Musiał spieszyć się na spotkanie z sędzią.

3 Nie mam pojęcia, jak należałoby go przetłumaczyć na polski, żeby zachować treść i rytm. Twardy orzech do zgryzienia.

4 A obecnie czytam Hip Hop America Nelsona George’a – niezłe! – ale to już inny rok i temat na inną notkę.

Tytuł notki jest polskim tłumaczeniem nazwy albumu Fear of a Black Planet grupy Public Enemy, wybitnego osiągnięcia politycznego hip-hopu z 1990 r. Panowie z Public Enemy posłużyli zarazem za ilustrację nagłówkową.