Blogrys

Dyskusja literacka: "Zamek" (Franz Kafka)

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Dyskutują: Stanisław Krawczyk i Borys Jagielski

Nawet jeśli afirmujemy problematyczny podział literatury na "popularną" i "wysoką", natychmiast trzeba zaznaczyć, że również i ta druga służy do czytania "dla przyjemności". Z tego oczywistego spostrzeżenia płynie mniej oczywisty wniosek — o literaturze wysokiej wolno dyskutować z punktu widzenia zwykłego czytelnika. Zwykłego, a więc takiego, którego bardziej interesuje, czy dany tytuł dobrze się czytało, aniżeli jaką teorię literatury najlepiej ilustruje, jak wpisuje się w swoją epokę i jaki jest jego stosunek do innych kanonicznych dzieł. Bo przecież "wysoka" literatura posiada także wymiar beletrystyczny. A beletrystykę ocenia się pod kątem pomysłu, fabuł, przekonywających postaci, zapadających w pamięci scen, tempa, klimatu, zwrotów akcji, dialogów, stylu. Podchodzenie na kolanach nie jest wymagane. Oczywiście, wielka literatura nie staje się wielką bez powodu, i zalety z reguły będą przewyższały wady. Mimo wszystko jednak, jeśli coś nam się nie spodoba, można śmiało wytknąć to palcem bez oglądania się na rzesze zawodowych krytyków. I odwrotnie: chwalić też zawsze należy po swojemu. W końcu każdy z nas szuka w literaturze czegoś innego.

Rozmawiamy o książkach. Tych głównonurtowych, tych kanonicznych, tych głośnych, tych uznanych, i to wcale niekoniecznie z ostatniego półwiecza. Rozmawiamy na luzie, choć czasem pozwalamy sobie również popaść w bardziej zaawansowany dyskurs.

Tego rodzaju dyskusje o wytworach kultury najlepiej czyta się po uprzednim zapoznaniu się z danym utworem. Zdajemy sobie zatem sprawę, że nasze wymiany poglądów są adresowane przede wszystkim do osób, które daną książkę znają i mogą skonfrontować swoje opinie z naszymi. Niemniej nie musi to wcale oznaczać, że nigdy nie zdołamy nikogo skłonić do sięgnięcia po pisarza z przysłowiowej górnej półki. Im więcej takich zachęconych, tym lepiej.

BORYS: Nie mam pojęcia, do jakich to interesujących konkluzji dojdziemy w naszej dyskusji, ale jedno nie ulega wątpliwości — "Zamek" Kafki to przede wszystkim powieść. A powieści służą w pierwszej kolejności do czytania; za analizę treści i poszukiwanie głębszych znaczeń należy brać się potem. Jaka jest więc Twoja ocena "Zamku" jako beletrystyki? Jak Ci się go czytało? Ja nie ukrywam, że nie jest to książka, którą bezwarunkowo bym komuś polecił, ale z drugiej strony na pewno nie będę też źle wspominał czasu spędzonego przy lekturze. "Zamek" po kilkudziesięciu stronach wciągnął mnie bowiem swoim klimatem, tak gęstym, że można by go kroić przysłowiowym nożem. Szkoda jednak, że budowa owej nastrojowości odbyła się kosztem fabuły. "Proces" w porównaniu z "Zamkiem" jawi się niczym trzymający w napięciu kryminał. Nie trzeba być złośliwym, by stwierdzić, iż w "Zamku" nie dzieje się niemalże nic. Ot, główny bohater, K., snuje się po wiosce położonej pod tytułowym zamkiem i toczy długie, rozwlekłe rozmowy z różnymi ludźmi.

STASZEK: Nastrój jest rzeczywiście bardzo gęsty. Niepowtarzalną atmosferę powieści tworzą rozważania K. na temat stosunków panujących w wiosce i na zamku i długie, długie monologi bohaterów niezależnych... przepraszam, drugoplanowych. Jest taki moment w książce, kiedy K. wysłuchuje trwającego chyba kilkadziesiąt stron opowiadania o rodzinie Barnabasa. Co jednak ciekawe, akurat ten ostatni monolog (bo trudno to nazwać rozmową) bardzo dobrze mi się czytało. Może dlatego, że paradoksalnie w nim właśnie całkiem sporo się dzieje... Ale dość o tym, nie możemy za dużo zdradzać.

Czytało się nieźle. Co więcej: pamiętasz pewnie naszą dyskusję sprzed lat o "Nowym wspaniałym świecie" Huxleya. Tam narzekaliśmy, że w książce mogłoby się dziać o wiele więcej i wcale nie zmieniłoby to jej charakteru. Tu zaś inaczej: gdyby wypadki toczyły się szybciej, sądzę, że Kafce nie udałoby się stworzyć tak niezwykłego, miejscami wprost przytłaczającego klimatu. ...

BORYS: Z pewnością nie udałoby, aczkolwiek trzeba zauważyć, że "Zamek" posiada zasadniczą wadę, która poniekąd dyskwalifikuje go jako utwór fabularny: Powieść Kafki jest... niedokończona. Autor porzucił pisanie po sześciu miesiącach i w liście do swojego przyjaciela i powiernika Maksa Broda stwierdził, że nie zamierza do "Zamku" wracać. Dwa lata później zmarł na gruźlicę. W testamencie nakazał zniszczenie wszystkich swych dzieł, ale mianowany egzekutorem Brod sprzeciwił się jego woli i postąpił dokładnie na odwrót — zabrał się za publikację. Niewykluczone więc, że później w zaświatach usłyszał od Kafki kilka brzydkich słów, ale z drugiej strony cała literatura dwudziestowieczna ma u Broda niemały dług wdzięczności.

STASZEK: Kilka brzydkich słów Kafki do Broda? Chciałbym usłyszeć tę wiązankę po niemiecku... Czyżby Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter?

BORYS: Coś dużo gorszego, jak mniemam. Nie zapominajmy, że Kafka był specjalistą od czterostronicowych akapitów i zdań poszóstnie złożonych, czego dowody znajdujemy dosłownie w każdym rozdziale "Zamku".

STASZEK: Ciekaw jestem, jak czyta się ten tekst po niemiecku. Ale skłonny byłbym przypuszczać, że podobnie jak po polsku — że tłumacze (Krzysztof Radziwiłł i Kazimierz Truchanowski) postanowili zachować pierwotny wydźwięk Kafkowej niemczyzny (z którą kontaktu jednak nigdy nie miałem). O ile wiem, w mowie naszych zachodnich sąsiadów zdania poszóstnie złożone nie są wyjątkiem. W ogóle zresztą mam wrażenie, że języki pozycyjne, pozbawione rozbudowanej fleksji (czyli np. przypadków), lepiej sobie radzą z długimi zdaniami niż języki fleksyjne (wnioskuję na podstawie porównania angielskiego i niemieckiego z polskim). Hmm... Czyżby więc dla nas Kafka brzmiał jeszcze bardziej "obco" niż w oryginale? Ale to tylko taka dygresja, zapewne bez większego znaczenia.

BORYS: Oj, myślę, że z tym "pierwotnym wydźwiękiem Kafkowej niemczyzny" to też nie taka prosta sprawa. Pisarz stosował na przykład dość specyficzną interpunkcję, którą redaktorzy i tłumacze początkowo poprawiali jako błędną. Jednak z czasem kafkolodzy doszli do wniosku, że w tym szaleństwie tkwiła metoda i takie a nie inne stawianie przecinków i kropek ma istotne znaczenie dla odbioru całości.

STASZEK: No proszę! Dobrze wiedzieć.

BORYS: A skoro już mówimy o różnych wydaniach, to chciałem spytać, z jaką edycją książki miałeś do czynienia. Z tego co donosi mi "szybki gugiel", jak dotąd nie ukazało się rodzime tłumaczenie wydania krytycznego, za Malcolmem Pasleyem, które urywa się dosłownie w pół zdania. Obawiam się, że jeśli w ręce wpadła Ci wersja "pierwsza", tj. przygotowana przez Broda, to ominęła Cię znakomita, surrealistyczna scena rozdzielania dokumentów między urzędników zamkowych?

STASZEK: Moje wydanie książki skończyło się na scenie, w której K. wychodzi z jednej z karczm po wyrażeniu zainteresowania sukniami oberżystki. Ostatnie zdanie: "— Jutro znowu dostanę nową suknię, może więc każę ciebie wezwać". Zatem istotnie trafiłem na wersję krótszą. Aczkolwiek scenę rozdzielania dokumentów chyba czytałem — o ile masz na myśli to, co działo się w korytarzu przed zamkniętymi (i na krótko otwieranymi) drzwiami urzędniczych pokojów, a czego K. był nie do końca legalnym świadkiem.

BORYS: Tak, właśnie! Jak dla mnie była to najlepsza scena książki, bo Kafka opisał owo rozdzielanie bardzo plastycznie. Jeżeli ktoś w tym momencie puknie się w czoło i zapyta, jak można opisać plastycznie rozdzielanie dokumentów między urzędników... to odeślę go właśnie do lektury "Zamku". Swoją drogą, rzeczona scena skojarzyła mi się z filmem "Brasil" Terry'ego Gilliama, gdzie podobne "biurokratyczne" motywy również odgrywały bardzo ważną rolę w scenografii (oraz fabule).

STASZEK: Skądinąd zaciekawiła mnie nota edytorska, z której wynika, że pierwsza interpretacja tytułowego zamku, autorstwa Maksa Broda właśnie, miała charakter teologiczny. Zamek miał być symbolem Bożej mądrości, która kieruje światem. To ja za taką mądrość dziękuję, postoję, bo miłości w niej nie ma za grosz... Choć po namyśle muszę przyznać, że ciekawa to interpretacja. Bo jak to w dobrych metaforach bywa: jeżeli mądrość Boga miałaby być przedstawiona za pomocą machiny biurokratycznej, to nie tylko ona nabiera cech boskiego rozumu, ale i o tym ostatnim zaczynam myśleć w kategoriach systemu biur urzędniczych. Innymi słowy, przenośnia działa w obie strony. A to daje mi już, jako katolikowi, sporo do myślenia.

BORYS: Czyżby więc św. Piotr, w dowcipach zajmujący się wpuszczaniem lub niewpuszczaniem różnych osobników do Nieba, miałby tak naprawdę uosabiać batalion "pań z okienka"?

STASZEK: Albo pań z dziekanatu...

BORYS: Ale masz rację, przejdźmy wreszcie do miodku, czyli do problemu interpretacji "Zamku". Po zignorowaniu warstwy alegorycznej powieści zostaje nam bowiem bardzo niewiele: W środku zimy, do położonej gdzieś na odludziu wioski, przybywa nieznajomy, K. Bardzo chciałby on pozostać tam na zawsze — choć tak właściwie nigdy nie dowiadujemy się dlaczego — ale najpierw musi dostać się do górującego nad wsią zamku, by uzyskać zezwolenie na pobyt. Niestety, okaże się, że jest to nadzwyczaj trudne przedsięwzięcie, a i miejscowi nie będą szli gościowi na rękę.

Z pewnością nie jest to fabuła skrojona na miarę "Indiany Jonesa". Powieść odsłania przed czytelnikiem swoje bogactwo dopiero po zadaniu legendarnego, mrożącego uczniom krew w żyłach pytania "co autor miał na myśli?".

STASZEK: Choć dla porządku przypomnijmy, że nie jest to jedyne pytanie, jakie można zadać. Część teoretyków (głównie tzw. strukturaliści) odsuwa autora na bok, interesując się tylko tym, co ma nam do powiedzenia dzieło samo w sobie (w tym momencie bezwartościowa w interpretacji staje się np. biografia twórcy dzieła). Inni znowuż (pragmatycy czy neopragmatycy) koncentrują się na odbiorze, twierdząc, że tyle tylko wyniesiesz z lektury, ile sam w nią włożysz: serca, wysiłku, zaangażowania. Z kolei Umberto Eco mówi o wszystkich trzech aspektach, nazywając je odpowiednio: intentio auctoris, intentio operis, intentio lectoris (intencja autora, intencja dzieła, intencja czytelnika). I my chyba jemu właśnie będziemy tutaj najbliżsi. No, ale nie wiem, czy to jest dobre miejsce na teoretyzowanie.

BORYS: Mogę tylko powtórzyć za Tobą: No proszę, dobrze wiedzieć. Moje wcześniejsze "co autor miał na myśli?" było jednak użyte kolokwialnie. Największą wagę powinno się chyba przykładać do intentio operis. Z intentio auctoris sprawa jest o tyle trudna, że po śmierci autora wszystkie hipotezy dotyczące jego intencji będą niesprawdzalne. "A kto umarł, ten nie żyje", jak słusznie zauważył Franz, ale nie Kafka, tylko inny. Natomiast intentio lectoris z definicji sprowadza się do kwestii zbyt subiektywnych, by mogły podlegać w miarę rzeczowej dyskusji.

Ale weźmy wreszcie na tapet intentio "Zamku", takie czy inne. Według najpowszechniejszej, "encyklopedycznej" interpretacji książkowy K. symbolizuje jednostkę, która nadaremno próbuje stawić czoło bezdusznemu Systemowi. Tym sposobem okazałoby się, że "Zamek" ma bardzo dużo wspólnego z "Procesem", i że żadnej z tych książek nie należy rozpatrywać w oderwaniu od drugiej. Ale o podobieństwach z "Procesem" porozmawiajmy może za chwilę i zatrzymajmy się teraz przy przytoczonej przez Ciebie interpretacji teologicznej. Zamek jako mądrość Boża, powiadasz. Czy w takim razie nie należałoby potraktować wysiłków K. jako walki o zbawienie, i to nawet niekoniecznie za życia doczesnego, ale już po śmierci? Oczywiście wiosce przypadłaby wtedy rola Czyśćca... ale nastrój panował tam przecież całkiem odpowiedni.

Jednakże główna doktryna chrześcijańska mówi przecież, że zbawienia może dostąpić każdy. Tymczasem K., gdy pyta przez telefon, kiedy będzie mógł udać się na zamek, słyszy w odpowiedzi bezlitosne "Nigdy!". I co poczniemy z tym fantem? Pójdziemy po linii najmniejszego oporu i wytłumaczymy go skrajnym pesymizmem Kafki?

STASZEK: Wioska jako Czyściec — to niezwykle ciekawy pomysł! Jeśli chodzi o to "Nigdy!", to być może dałoby się to zinterpretować jako pomyłkę urzędniczą. Co prawda zamek podobno nie myli się... właśnie, nigdy, ale jak dowiaduje się K. (a my wraz z nim), to założenie służy przede wszystkim temu, by przyspieszyć pracę urzędów. Innymi słowy, błąd teoretycznie jest możliwy, ale nawet jeśli się zdarzy, to i tak nie zostanie wykryty, ponieważ nikt nie będzie się trudził, aby aż tak dokładnie zbadać sprawę. Z drugiej jednak strony, jeżeli dopuścilibyśmy zawodność wychodzących z zamku wyroków, to przypuszczenie o mądrości Bożej wydawałoby się nieuprawnione. Bóg w końcu — taki, jakim go rozumieją chrześcijanie — nigdy się nie myli. A jeżeli się nie myli, to wspomniane przez ciebie "Nigdy!" wyklucza możliwość zbawienia. I koło nam się zamyka.

A może nie Czyściec, tylko znacznie, znacznie niżej? Czy zamek mógłby być po prostu Piekłem?

BORYS: Ale sam zamek, czy zamek z przyległościami, tzn. z wioską? To dość istotne rozróżnienie. Jeżeli sam zamek, to trzeba zapytać, czym w takim razie jest wioska i dlaczego K. tak usilnie próbuje dostać się do owego górującego nad nią Piekła. A jeśli także wioska, to dlaczego K. mówi wprost, że chce w tym Piekle pozostać? W ogóle to silne pragnienie pozostania jest zastanawiające, tym bardziej, że — jak wspomniałem powyżej — nigdy nie dowiadujemy się, po co K. tam przybył i dlaczego nie chce wyjechać. Kafka wydaje się omijać szerokim łukiem tę kwestię.

STASZEK: Taki kiepski dowcip kiedyś słyszałem. Kowalski dostał się do nieba i staje przed obliczem świętego Piotra. Ale spogląda jeszcze z góry na piekło i co widzi? Luksusowe hotele, baseny, laguny, piękne kobiety, korty tenisowe... A tu w niebie tylko jakieś monotonne chóry i światło tak jaskrawe, że mało co widać. Bije się chwilę z myślami i mówi: "Piotrze, chciałbym jednak iść do piekła". Apostoł na to: "Zastanów się, jesteś pewien? Stamtąd nie można wrócić". Kowalski: "Tak, tam naprawdę będzie mi lepiej". Klucznik z żalem odsyła Kowalskiego do piekła. A tam zaraz jak go nie capną! Diabeł schwycił chłopa za chachoł i do kotła go prowadzi. Kowalski, zaparty rękami i nogami, jęczy oszołomiony: "Ale te korty, te hotele, te kobiety...?". Diabeł rechocze, woła koleżkę i mówi do niego: "Patrz, jeszcze jeden idiota dał się nabrać na naszą reklamę".

Nobla ten tekst może i nie dostanie, ale przypomina, że Piekło, dopóki tylko nie wylądowaliśmy w nim na dobre, może być wprost zabójczo atrakcyjne.

BORYS: Tylko czy zamek mógł w ogóle jawić się K. jako atrakcyjne miejsce? Ja sam odniosłem wrażenie, że nasz bohater prowadzi z nim swoistą grę, droczy się, że chce sprawdzić swoje siły i możliwości — nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że w ostatecznym rozrachunku musi przegrać. Zwróć uwagę na słowa, które odnajdujemy już w pierwszym rozdziale:

K. zamienił się cały w słuch. A więc zamek mianował go geometrą. Z jednej strony było to dla niego niepomyślne, gdyż świadczyło o tym, że w zamku wszystko potrzebne o nim wiedziano, że rozważono układ sił i beztrosko podjęto walkę. Z drugiej strony jednak było to również pomyślne, gdyż dowodziło, że — jak mniemał — nie doceniono go i że będzie miał więcej swobody, niż mógł to z góry przewidywać. A jeśli uważano, że przez to protekcjonalne uznanie jego zawodu geometry będzie można trzymać go stale w szachu, to zachodziła pomyłka; wstrząsnął nim lekki dreszcz, i to wszystko.

Daje do myślenia, prawda? Szkoda, że Kafka później nie wspomina już w ogóle bezpośrednio o owej "walce" i czytelnik musi się wszystkiego domyślać sam. Jednak na sam koniec rozdziału ósmego dostajemy jeszcze trzy bardzo ważne, w moim odczuciu, zdania:

K. wydało się (...) że jest teraz jakby wolniejszy, niż był kiedykolwiek, i może tu, na tym skądinąd zakazanym miejscu, czekać, jak długo zechce. Zdawało mu się, że wywalczył sobie wolność, której nikt inny zdobyć by nie potrafił, i nikt nie ma prawa dotknąć go lub wyrzucić, a nawet przemówić do niego. Ale wydało mu się także — i to przekonanie było co najmniej równie silne — że nie ma nic bardziej bezsensownego i rozpaczliwego niż ta wolność, to czekanie i ta nietykalność.

(Wyróżnienie moje).

Może więc idziemy w złym kierunku? Może jednak trzeba odsunąć na bok schematy teologiczne i przyjrzeć się przez pryzmat "Zamku" relacji Człowiek-System? System uciska Człowieka, ale Człowiek bez Systemu jest bezradny, pozbawiony celu i sensu swego istnienia.

STASZEK: Zgoda. Sztywne nakładanie schematu "Niebo-Czyściec-Piekło" na świat "Zamku" nie wydaje się uprawnione (choćby dlatego, że w książce mamy tylko dwa elementy, brakuje natomiast trzeciego).

System, powiadasz. Hmm, hmm. Ale jaki? Polityczny? A może, spytam półżartem i nieco prowokacyjnie, może zbyt symbolicznie traktujemy tę biurokrację? Może to trzeba czytać, oczywiście w hiperboli, jako zapis przykrych doświadczeń z urzędami? Ostatnio miałem kontakt z jedną czy drugą taką instytucją i mogę potwierdzić, że to zdecydowanie nic przyjemnego.

BORYS: Och, ja swojego czasu składałem podanie o dowód osobisty — a było to krótko po przeczytaniu "Procesu" — i gdy czekałem w jakimś urzędzie, określenie "kafkowskie klimaty" samo pchało się na usta.

Ale pisząc o hiperboli, masz oczywiście sporo racji. Kafka, jak my wszyscy, był dzieckiem swej epoki a jego książki powstawały w mocno zbiurokratyzowanych czasach.

STASZEK: Parokrotnie w rozmowach z kolegami-humanistami podczas streszczania jakichś przygód biurokratycznych powoływałem się na Kafkę. Oto korzyść z czytania wielkiej literatury.

Już bardziej serio. Gdy mówiłem o biurokracji, przypomniały mi się postacie urzędników. Pewnie warto mieć w pamięci to, jak ważny punkt odniesienia stanowią oni dla K. Sama możliwość rozmowy z Klammem jest dla niego takim wyzwaniem i jednocześnie tak ważnym celem, jak może dla alpinisty wspinaczka na Mount Everest. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z potrzebą autorytetu i podrzędności? Z pokazaniem, iż życie człowieka jest siecią relacji podporządkowania? Skądinąd K. także próbuje rządzić (pomocnikami), ale nie najlepiej mu to wychodzi.

BORYS: Klamm, nomen omen (po czesku "klam" znaczy "złudzenie", a Kafka znał przecież czeski), jest postacią-iluzją. O ile K. udaje się porozmawiać z paroma innymi urzędnikami lub ich sekretarzami, o tyle z Klammem nie spotyka się nigdy. Podgląda go tylko raz przez dziurkę od klucza, i owszem, Klamm okazuje się człowiekiem z krwi i kości... ale surrealistyczne wrażenie wcale nie zanika. Czy nie wolno więc potraktować Klamma jako dodatkowego symbolu bezosobowego Systemu? Ktoś niby gdzieś tam jest, ktoś, kto posiada władzę, kto potrafi wpłynąć na bieg spraw, ale kto dokładnie i jak do niego dotrzeć, tego już nie wiadomo.

A pomocnicy K., Artur i Jeremiasz, to kolejna zagadka zawarta w powieści. Ich zachowanie jest komiczne, ale przecież to właśnie zamek musiał przydzielić ich K. Jaki mógł mieć w tym cel? Czy nie chodziło po prostu o szpiegowanie przybysza?

STASZEK: Ci goście są w ogóle groteskowi. Można by ich potraktować jako swoisty uprzyjemniacz, atrakcję, mrugnięcie okiem do czytelnika. Przecież takie rzeczy zdarzają się również w wielkiej literaturze. "Wielka" nie musi znaczyć "nudna".

Niemniej mam przeczucie, że uznając Jeremiasza i Artura za zwykły ozdobnik, wyrządzilibyśmy powieści krzywdę. Przemawia do mnie interpretacja, w której pomocnicy stanowią kolejny dowód ludzkiej bezradności. Wydawałoby się, że będą posłuszni K. — a tymczasem co chwila mu się wymykają.

Wracając zaś do powodów skłaniających K., by pozostać w wiosce: nie mam w tej chwili pod ręką książki, ale czy to nie było czasami tak, że decydującej motywacji dostarczyła geometrze dopiero Frieda?

BORYS: Z czasem, tak. Ale początkowo chodziło raczej o "walkę", którą K. chciał podjąć z zamkiem — patrz cytat powyżej.

STASZEK: No tak. Wydaje mi się, że ta "walka" to dobry trop. Odczytujemy zatem "Zamek" w duchu egzystencjalizmu. Wolność staje się tragedią człowieka. Jest bezsensowna, rozpaczliwa, ale jest jednocześnie wszystkim, co mamy. Tak naprawdę nie istnieje nic poza wioską i zamkiem.

Równie egzystencjalny wydaje mi się "Proces". Tyle że jego zakończenie jest znacznie bardziej pesymistyczne. Ale przecież "Zamek" w ogóle nie ma zakończenia. Nie wiemy, co tam czekało na K.

BORYS: Dotknąłeś za jednym zamachem trzech ważkich spraw, chociaż w przypadku pierwszej z nich — wzajemnej relacji między "Zamkiem" a "Procesem" — wszystko wydaje się dość jasne. Tak jak napomknąłem wcześniej, jeżeli przyłożymy do "Zamku" standardową interpretację. zgodnie z którą powieść jest metaforą walki Człowieka z Systemem, to porównanie z "Procesem" jest nieuniknione, ponieważ w przypadku tamtej książki taka interpretacja była chyba najrozsądniejsza. To chyba zresztą nie przypadek, że w obu dziełach Kafki główny bohater nazywa się K. Mimo tej oczywistej analogii zwraca jednak uwagę inne rozłożenie akcentów. W "Procesie" to System postanawiał zniszczyć Człowieka, natomiast w "Zamku" Człowiek próbuje przeniknąć System. Nawet jeśli w obu przypadkach administracyjna machina jawi się jako bezduszny, nieludzki twór, w "Procesie" jest ona bezwzględna, a w "Zamku" już tylko obojętna. W tym sensie obie powieści zgrabnie się uzupełniają, co oddają zresztą ostatnie rozdziały. Bohater "Procesu" ponosi fizyczną śmierć z rąk Systemu, a bohater "Zamku" kręci się tylko w kółko i nagle wszystko urywa się w pół zdania.

Tutaj przechodzimy do sprawy braku zakończenia. Zastanawiam się, czy nie posiada on wartości sam w sobie. W końcu uwydatnia, że zmagania K. po prostu... nigdy się nie skończą. Bo co niby miałoby nastąpić w epilogu? Zwycięstwo K.? Nie u Kafki. Całkowita porażka? To już przecież przerobiliśmy w "Procesie". Rezygnacja K., poddanie się i opuszczenie przez niego wioski? Być może, ale wtedy "Zamek" stałby się jednoznacznie pesymistyczny.

I oto stajemy przed sednem trzeciej sprawy: Jak właściwie należy odczytać wymowę powieści? Czy zamiast na niemoc K. nie powinniśmy raczej zwrócić uwagi na jego wolę walki? "Wola walki" nie jest tu zresztą najfortunniejszym określeniem, bo i owszem, K. się nie poddaje i cały czas szuka nowych sposobów, ale jednocześnie robi to ze swoistą nonszalancją i dystansem, jak gdyby tak do końca mu na tym całym zamku wcale nie zależało, jak gdyby chciał tylko sprawdzić swoje możliwości (raz jeszcze przypominam o pierwszym z przytoczonych przeze mnie cytatów).

STASZEK: Myślę, że tutaj mamy ciekawy przykład rozminięcia się intentio auctoris z intentio operis. Sam Kafka mógł planować ukończenie dzieła i można je odczytywać w tej perspektywie; mamy jednak również prawo do traktowania tego, co jest, jako samodzielnej całości. I w wypadku takiego odczytania to, o czym mówisz, jak najbardziej ma rację bytu. Walka, poszukiwanie, jakkolwiek określimy istotę działań K. — nigdy się nie kończy.

No, ale właśnie. "Jakkolwiek" to zbyt wygodne słowo. K. z pewnością ma jakąś wewnętrzną energię, motywację do działania. Nie pochłania go apatia. Ale czy nonszalancja, o której piszesz, nie jest raczej niepewnością? Nie wiem, w którą stronę zmierzać, więc udaję, że w ogóle mi nie zależy na ruszeniu w drogę? Pamiętajmy, że narrator "Zamku" nie jest bynajmniej wszechwiedzący. Znów przywołam terminologię literaturoznawczą: mamy tu do czynienia z personalną sytuacją narracyjną, to znaczy taką, w której widzimy świat przedstawiony z perspektywy jednego z jego mieszkańców.

BORYS: Och, na dobrą sprawą jest jeszcze "gorzej", bo zamiary i myśli K. są dla nas niedostępne. Poznajemy tylko jego działania, nie wiemy natomiast, co on sam o tym wszystkim sądzi.

STASZEK: Zasadniczo masz słuszność, choć narrator nie jest pod tym względem całkowicie konsekwentny (wystarczy przypomnieć cytowany przez Ciebie fragment, w którym K. rozważa akt mianowania go przez zamek geometrą).

BORYS: Tak, ale dwa przytoczone fragmenty to w zasadzie wyjątki! I pewnie dlatego wydały mi się tak znamienne dla wydźwięku całości.

STASZEK: Zgoda. Tym bardziej zatem nie wiemy wszystkiego o K., podobnie jak (przypuszczalnie) on sam. Dlatego pod płaszczykiem pewności siebie przebijającej z niektórych fragmentów narracji mogą się kryć podświadome wątpliwości. Czy taka interpretacja ma sens — to na pewno kwestia spоrna. Ale przystaniesz, tuszę, na tezę, że niektórych rzeczy trzeba się tu domyślać, wyłuskiwać spod powierzchni słów?

BORYS: Jasne. Gdyby było inaczej, gdyby wszystko podano czytelnikowi na przysłowiowej tacy, nasza dyskusja nie miałaby racji bytu.

STASZEK: Uściślę: chodzi o to, że na tacy nie podano nam intencji K. Są takie przezroczyste teksty, w których bohaterowie przejawiają doskonałą samowiedzę; ten jednak do nich nie należy. Natomiast oprócz intencji bohaterów mamy także inne poziomy dzieła: historyczny, komunikacyjny, symboliczny, alegoryczny i co tam jeszcze. No, ale w każdym razie rozważyłbym myśl o pewnej fundamentalnej ambiwalencji, która towarzyszy bohaterowi naszej powieści. Oznaczałoby to, że pragnie on się dostać na zamek, a jednocześnie coś go przed tym powstrzymuje. Byłoby to może widać u K., na przykład, w zrażeniu do siebie nauczyciela, który przecież mógłby być jakimś jego łącznikiem ze stosownymi urzędnikami.

BORYS: Owa ambiwalencja wynika nie tyle z "wnętrza" K., co z surrealistycznej otoczki całej historii. Przecież gdybym ja był na miejscu bohatera, to w pierwszej kolejności... spróbowałbym udać się samodzielnie na zamek, dostać do jakiegoś urzędnika i oficjalnie wyłuszczyć mu swoją sprawę. K. tego nie robi. Owszem, w którymś z początkowych rozdziałów każe zawieźć się na górę saniami, ale gdy woźnica oznajmia mu, że to niemożliwe, K. odpuszcza. Nie wiadomo oczywiście, co spotkałoby go przy bramie — najprawdopodobniej zostałby po prostu odprawiony przez wartowników. Tak czy owak, nasz bohater nawet nie próbuje. Myślę, że Kafka chciał po prostu zmusić go do kręcenia się w kółko po wiosce, by w ten sposób zawrzeć w książce swoje przesłanie (jakiekolwiek by ono nie było).

STASZEK: Słuszna uwaga, bo przypomina, że poczynania K. nie są (i pewnie nie mają być) do końca realne psychologicznie. Kierują nimi inne zasady. Juliusz Kleiner pisał kiedyś o alegorii, że ma prawo być nieprawdopodobna, tak jak niewiarygodna jest kobieta z zasłoniętymi oczami, wagą i mieczem. To ją m.in. różni od symbolu, że w dosłownej płaszczyźnie świata przedstawionego nie posiada własnego sensu; trzeba przejść na poziom znaczeń, aby alegoryczne obrazy stały się logiczne i zrozumiałe.

BORYS: Ano, zasady gatunkowe zazwyczaj mają wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o konstrukcję danego utworu. A jeszcze więcej zależy od rodzaju medium. Gdyby "Zamek" był jednak nie książką, a filmem, i gdyby współcześnie nakręcono jego remake, wiele zdarzeń wyglądałoby zapewne inaczej. K. biorący Klamma jako zakładnika; K. ostrzeliwujący się z okna gospody urzędniczej; K. wspinający się jak ninja po tylnej ścianie zamkowego muru; K. spieszący na ratunek Friedzie, którą zdradzieccy pomocnicy przywiązali w szkole do bomby... I tak dalej. A bardziej na serio, jak widzisz możliwość zekranizowania "Zamku"? Podejmowano się tego aż trzy razy: w 1968 r. (niemiecki reżyser), w 1994 r. (rosyjski reżyser) i w 1997 r. (austriacki reżyser). Niestety, żadnego z tych filmów nie widziałem, ale gdybym to ja był scenarzystą, zdecydowałbym się na (przynajmniej) jedno duże odstępstwo od oryginału. Wspominałem już o książkowej scenie, w której K. telefonuje na zamek, pyta, kiedy będzie mógł się tam udać, a w odpowiedzi słyszy krótkie "Nigdy!". Otóż ja przeniósłbym ową rozmowę na sam koniec. Oczywiście, tym sposobem nadałbym całej historii jednoznacznie negatywną wymowę, ale zważywszy na to, że powieść zakończenia nie ma w ogóle...

STASZEK: Ekranizacja ma prawo do bycia interpretacją. Ciekaw jestem, jak sobie z niejednoznacznością "Zamku" poradzili ci trzej panowie. Może dowiemy się tego w przyszłości.

Skoro zmieniamy media i sytuacje komunikacyjne, to ja przeskoczę od filmu na teren gier fabularnych. Czasami zastanawiam się nad tym, co może wnieść przeczytana książka do praktyki erpegowej. I kiedy myślę w ten sposób o "Zamku", to dochodzę do wniosku, że można z niego wyciągnąć dosyć dużo. Po pierwsze, ogólny schemat świata przedstawionego: niedostępny zamek na górze, niższa płaszczyzna (wioska) na dole. Ostry podział, bohaterowie niezależni charakteryzowani przede wszystkim ze względu na to, do którego świata należą. Po drugie, postacie pomocników. Moment, w którym K. stwierdza, że będzie traktował ich obu tak, jakby byli jedną osobą, jest bardzo niepokojący; w ogóle zresztą motyw bliźniaków (którego przetworzeniem byliby Artur i Jeremiasz) ma w sobie coś niesamowitego. Pisali o tym Zygmunt Freud i Rene Girard. Po trzecie wreszcie, przywoływana przez Ciebie surrealistyczna scena rozdzielania dokumentów — doskonały przerywnik podczas ciężkiej sesji, utrzymanej w gęstej atmosferze niepewności, zagubienia, absurdu. Sądzę, że to i owo jeszcze byśmy znaleźli. Nie jest to bardzo odkrywczy wniosek, że czytanie literatury przydaje się graczom RPG... Ale może zdołamy odrobinę dowartościować czytanie Wielkiej Literatury. Takiej, o której kanon szkolny kazał nam myśleć, że jest równie Wielka co Nudna. A tymczasem okazuje się, że przy odrobinie lekturowej motywacji można tam znaleźć rzeczy bardzo ciekawe.

BORYS: Można, z pewnością. Mimo wszystko podtrzymuję to, co powiedziałem na początku naszej dyskusji: Nie jest to książka, którą bezwarunkowo polecałbym każdemu. Jeśli jednak ktoś ma ochotę na jakąś poważniejszą lekturę, a pogoda za oknem nastraja go do zwiedzenia dziwnej i mocno ponurej rzeczywistości, to sądzę, że "Zamek" jest doskonałym wyborem. I co najważniejsze, a o czym chyba w ogóle nie wspomnieliśmy — Kafkę dobrze się czyta, bo chociaż lubował się on w długich zdaniach i długich akapitach, to miał przy tym bardzo sprawne, "czyste" pióro. Narracja prowadzona jest bez najmniejszych zgrzytów, nie ma tu żadnych niespodziewanych wtrętów, które wybijałyby czytelnika z rytmu i kazały zastanawiać się, o co właściwie autorowi w tym momencie chodziło. Po prostu kawał dobrej prozy. A że jednocześnie wymagającej... Cóż, żeby zyskać, trzeba najpierw zainwestować. Kto niech wierzy, niech zapyta na zamku.

STASZEK: O ile będzie miał dość determinacji, aby tam trafić. Czego egzystencjalnie nam wszystkim życzę.