Blogrys

Dni, których nie znamy

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Natrafiłem na polemikę Timothy'ego Snydera z najnowszą książką Stevena Pinkera pt. The Better Angels of Our Nature. Pinker przedstawia w niej tezę, jakoby mielibyśmy żyć w wyjątkowo pokojowych i spokojnych czasach, Snyder ją kontestuje. Polemikę czyta się bardzo dobrze, nawet jeśli nie przeczytaliśmy i nie zamierzamy przeczytać książki Pinkera (który, notabene, jest autorem uznanych, ale stosunkowo mało znanych w Polsce książek popularno-naukowych; do tej pory poświęcał je zagadnieniom psychologicznym i kognitywnym, ale jak widać poczynił właśnie wycieczkę na tereny historyczno-socjologiczne). W artykule znalazłem akapit, który wywołał we mnie uczucie autentycznego "dziejowego" niepokoju. Od razu zaznaczam, że poniższy fragment sam w sobie niczym nie szokuje; w moim przypadku zadziałał raczej jak mentalny katalizator. Dla porządku przytaczam jednak fragment (przekład własny). A moja skatalizowana przezeń obawa zaraz potem.

Różnimy się od nazistów i sowietów nie dlatego, że odznaczamy się większą zdolnością samokontroli — bo wcale tak nie jest. Różnimy się od nich głównie dlatego, że powojenne usprawnienia rolniczych technologii zapewniły Zachodowi niezawodne źródła żywności. (Jej masowa konsumpcja mówi zresztą dużo o naszej ograniczonej umiejętności samokontroli). Ale co jeśli jedzenie stanie się droższe i trudniej dostępne, tak jak to zapowiada obecna tendencja? Co jeśli niekorzystne zmiany klimatyczny prześcigną nasze techniczne możliwości? Albo jeśli topniejące lodowce pozbawią społeczeństwa takie jak Chiny dostępu do słodkiej wody? Pinker nieprzekonywająco twierdzi, że globalne ocieplenie przedstawia niewielkie zagrożenie dla współczesnego stylu życia. Jednakże to, czy ma on rację, czy nie, jest raczej bez znaczenia, ponieważ państwa już teraz podejmują kroki w celu zminimalizowania ekologicznych konsekwencji. Przykładowo, Chiny wykupują ziemię w Afryce i na Ukrainie, by zrekompensować deficyt gruntów ornych. Słodka woda Syberii także musi je kusić. Jeżeli naukowcy dalej będą wiarygodnie przestrzegać przed konsekwencjami zmian klimatycznych, dziwnym byłoby, gdyby przywódcy nie wymyślali nowych powodów dla zapobiegawczych działań siłowych, przygotowując swe państwa na nowy wiek niedostatku.

Nie ulega wątpliwości, że moje (europejskie i amerykańskie) pokolenie żyje w czasach bezprecedensowego dobrobytu. Bierzemy oczywiście pod uwagę, że jeszcze za naszego życia sytuacja geopolityczna może się zmienić, lecz pozostając pod silnym wpływem popkultury, naiwnie wyobrażamy sobie spektakularne kataklizmy: lokalny konflikt gwałtownie eskaluje i zamienia się w globalną wymianę uderzeń termojądrowych; w Ziemię wali znienacka meteoryt; wybucha pandemia śmiercionośnej supergrypy; wszystko naraz. Intelektualnie ambitniejszą i realistyczniejszą propozycję stanowi erozja zachodniej kultury pod wpływem wschodnich prądów religijnych (islam) i cywilizacyjnych (Chiny, Indie). W tym ostatnim przypadku zakładamy jednak podświadomie, że sytuacja jakoś się ułoży, że Chińczyk może i będzie poił swoje konie w Wiśle, ale i nie będzie miał żadnego interesu we wlewaniu do tejże Wisły rycyny. Trzeba się będzie dostosować do nowych realiów, nic ponadto.

A co ze scenariuszem pesymistycznym, powolnym i ponurym? Czy jest aż tak mało prawdopodobny? Co jeśli w przeciągu paru najbliższych lat wybuchnie kryzys ekonomiczny tak wielki, że pociągnie za sobą wszystkie kontynenty? Co jeśli świat, przytłoczony narastającymi problemami ekologicznymi i społecznymi, się z niego nie wygrzebie? Co jeśli wraz z kurczącymi się zasobami naturalnymi skurczy się także pokój na świecie? Co jeśli na to wszystko nałoży się losowe, brzemienne w skutki zdarzenie w rodzaju wulkanicznego superwybuchu lub epidemii nowej choroby? Co jeśli w przeciągu następnych, dajmy na to, dwóch-trzech wieków, ludzkość czeka degeneracja i powolne wymieranie?

Tak pesymistycznej notki nie wypada kończyć apoftegmatem.






Komentarze

Arek (2012-01-04 23:01:36)

Idę niedługo spać, rozpiszę się bardziej jutro, ale tak na szybko - nie będzie tak źle :)

LordThomas (2012-01-05 12:01:56)

Jak będzie "kryzys ekonomiczny tak wielki, że pociągnie za sobą wszystkie kontynenty" to, jak zawsze, będzie wojna (nie jakaś lokalna interwencja tylko taka "po staremu", wojna narodów), a po niej reset.

Arek (2012-01-05 15:01:41)

Przeczytałem i jak dla mnie, za duży w tym wszystkim pesymizmu. Mówimy o kryzysie ekonomicznym, o dobrobycie - i teraz załóżmy, że obetniemy część tego dobrobytu. Czy cofniemy się do lat trzydziestych, ustawiania się po darmową zupę? No heloł, raczej nie, po prostu Tomek nie będzie już jadał sushi, a Mateusz nie będzie mógł sobie pozwolić na nurzaniu szalika w wiadrze perfum, tylko na kilka psiknięć. Dużo za dużo przeceniasz "pierdolnięcie" ekonomiczne, które będzie skutkiem prognozowanego kryzysu. Plus, oczywiście, wyczyści się tą stajnię Augiasza światowej ekonomii - żywię nadzieję wsadzenia wszystkich macherów do pierdla na grube lata - i będzie to trwało do następnego pierdolnięcia. Jak zawsze.Więc czilaut - Ty, Borysie, powinieneś bardziej kminić, kiedy przywitasz Islam chlebem i solą ;)@Tomek - Reset to będą mieli Ci, co ich promieniowanie nie sięgnie, bo my to raczej już piach gryźć będziemy.

Borys (2012-01-05 20:01:13)

@Tomek: Ale "wojna narodów" to jednak skrót myślowy. Mówimy o III Wojnie Światowej z użyciem broni termojądrowej? O wielopaństwowym konflikcie z wykorzystaniem tylko broni konwencjonalnej, takim intensywnym napieprzaniu się przez kilka lat, po którym następuje pokój i odbudowa? O długich dekadach lokalnych konfliktów? A może coraz większy izolacjonizm, zamykanie granic, ograniczenie przepływu kulturalnego i współpracy naukowej, geopolityczna paranoja?@Arek: Heloł, jeżeli Kowalski straci pracę i jednocześnie obetną mu socjal, to tak, będzie ustawiał się w kolejce po zupę. Jest według Ciebie jakiś powód, dla którego koniunktura nie ma prawa załamać się całkowicie? A to czyszczenie stajni Augiasza światowej ekonomii zakrawa o naiwność, może kogoś tam symbolicznie wsadzą, ale rekiny finansjery dobrze wiedzą, jak się ustawić i zabezpieczyć.@Wszyscy: Znalazłem w Sieci więcej interesujących treści dotyczących książek Pinkera. Primo, autor ma książkowy FAQ na swojej stronie. Secundo, jego metodologia jest ostro krytykowana na blogu Quodlibeta. W pierwszym wpisie ciekawa dyskusja nt. "wskaźniki morderstw dzisiaj i kiedyś", w drugim wpisie ciekawa dyskusja nt. "ilu właściwie ludzi spaliła na stosie Inkwizycja".

Arek (2012-01-05 21:01:05)

@Boro - Jeśli chodzi o rekiny, to rzeczywiście, pewnie tak będzie, ale chciałbym, by było inaczej... Jednak, mówiąc o traceniu pracy przez Kowalskiego, będę poważny. Ilu tych Kowalskich będzie? O jakim załamaniu koniunktury mówisz? Coś a la Wielki Kryzys w latach 30 ubiegłego wieku? To pójdzie się w interwencjonizm i coś wykmini :) Ale nie snujmy takiego scenariusza, pomówmy o cięciach. Pierwszy z brzegu przykład - świadczenia na dzieciaki (http://wyborcza.pl/1,97657,5119032.html). Obetnij każde z nich o dwadzieścia euro, pomnóż przez ileś tam dzieciaków, już masz ładną sumkę. Weź przytnij każdy taki socjal, o stosunkowo małą kwotę (a i tak, na warunki polskie, trudną do wyobrażenia, gdyż państwo u nas nie jest wbrew pozorom takie hojne jak niektórzy uważają) i już Ci się uzbiera sumka na łatanie dziur. Mówi się o kryzysie, dlatego, że dupa obrosła tłuszczykiem i każda zajawka cięć wszystkich wzburza. Jak celnie kiedyś zauważyłeś - praca w budżetówce to super sprawa. Podobnie jak Ty uważa cała masa ludzi i stąd taki lament ;)@ Co do wojny - jeśli już konflikt będzie, to na dużą skalę. Bo w starym stylu, z okopami, strzelaniem do siebie zza węgła i tworzeniem Państwa Podziemnego to już nikt walczył nie będzie. Ale osobiście wątpię w coś takiego - raczej jakieś akty terrorystyczne, Bale latający po mieście i wycinający chowających się po kościele katolików czy jeszcze większa kontrola (czyli dalsze wybieranie bezpieczeństwa nad wolność).

LordThomas (2012-01-05 22:01:01)

Pisząc o wojnie narodów miałem na myśli konflikt w którym wszystkie możliwości ekonomiczne, przemysłowe i naukowe narodu są przestawione na wysiłek wojenny. Interwencje takie jak mamy teraz się nie łapią - dopóki przysłowiowy prezydent USA będzie traktował jako ważniejszą reformę systemu zdrowotnego niż zarządzanie wojną to nie jest wojna o jakiej mówię. Natomiast nie musi być to wojna światowa, wystarczy że będzie determinowała losy zaangażowanych narodów. Po czymś takim zawsze następuje reset, inaczej być nie może.

Arek (2012-01-06 02:01:23)

@Tomek - Ale kto miałby się z kim tłuc? :)

LordThomas (2012-01-07 10:01:49)

No najprawdopodobniej w europie jakaś wojna do której włączają się inne kraje popierając "swoich". Bo w sumie tylko tutaj jest możliwość takiej wojny w którą angażują się wszyscy wielcy gracze (tak aby był reset światowej gospodarki), a jednocześnie mała dostępność broni jądrowej (państwa zaangażowane "z zewnątrz" nie użyją takiej broni tak jakby jej użyły w obronie własnej ziemi). Czyli konwencjonalna wojna na wielką skalę.

Arek (2012-01-07 12:01:14)

Ale jakie państwa konkretnie? Serbia z Chorwacją? Niemcy z Francją? Brytyjczycy wbiją się do domu Borysa? :)Problem z bronią konwencjonalną polega na tym, że wydatki na zbrojenia systematycznie spadają, a rozwój armii idzie w kierunku doskonale znanego wszystkim studentom płci męskiej płacących czesne prywatnym uczelniom zawodowstwa. Takiej oldskulowej wojny nie widzę, raczej ciągłe zamieszki i zamachy terrorystyczne.