Blogrys

Ten kamień ciapaj tu

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Chociaż sam od dłuższego czasu flirtuję z naukami humanistycznymi, od czasu do czasu natrafiam na tekst, który przypomina mi, że wszelkie humanistyczne analizy należy traktować ze sporą dawką sceptycyzmu. Jeżeli przedmiot wywodu jest nam znany, możemy zawsze skonfrontować cudzy pogląd z własną opinią. Jeśli natomiast zdamy się wyłącznie na erudycję i autorytet autora, raz na jakiś czas przejedziemy się na czyjejś, hm, kreatywności.

Nauk ścisłych problem dotyczy w o wiele mniejszym stopniu. Nie tylko one korzystają z dobrodziejstw peer review, lecz tylko one mogą uzupełniać je o matematyczną metodologią. Oczywiście, niechlubne wyjątki zdarzają się i u ścisłowców, wystarczy choćby wspomnieć o aferze Bogdanovów (jeżeli wydatne, mięsiste wargi obu braci wydają się Wam podejrzane, sprawdźcie, jak wyglądają obecnie, byle nie przy obiedzie). Niemniej, prowokacje Sokala czy Witkowskiego każą podejrzewać, że granice humanistyki są chronione dużo gorzej przed przemytem bzdur niż domena nauk przyrodniczych.

Tyle tytułem wstępu. Dlaczego o tym piszę? Otóż niedawno przyłączyłem się do niezobowiązującej inicjatywy pewnego blogu literackiego: Czytamy wskazaną książkę, a potem o niej dyskutujemy. Potraktowałem to jako pretekst do zapoznania się z (prawdopodobnie) wartymi uwagi tytułami, na które bez dodatkowej motywacji nie znalazłbym czasu. Na pierwszy ogień poszło Jądro ciemności Conrada. Przeczytałem, przedstawiłem swoje zdanie; fajna książka, muszę rychło odświeżyć Czas apokalipsy. Po skończeniu lektury zajrzałem jednak do przedmowy autorstwa Roberta Kimbrougha, zdaje się cenionego redaktora Conrada. Otóż według Kimbrougha kluczem do zrozumienia opowiadania jest "falliczna daremność" ("phallic futility"). Czytamy (tłumaczenie moje):

Tak więc rzeka jest fallusem w sromie Afryki, a główka penisa dotyka łona, jądra, wewnętrznej ciemności. Ale i sama rzeka jest sromem z ujściem skierowanym ku morzu, zapraszającym podniecone padlinożerne ptaszyska z Europy. Wąż połykający własny ogon jest znakiem spełnienia, doskonałości, androgynicznej pełności, jako że penis i wagina tworzą ciągły okrąg. Jednakże w Jądrze ciemności fallus Europy wchodzi w pysk węża, przesuwa się do środka, do jądra ciemności, szczytuje i zostaje wypluty. Falliczna daremność, waginalny ból — bez spełnienia, bez satysfakcji.

I jeszcze:

Centralne seksualne doświadczenie książki stanowi podróż w górę rzeki, podróż na pokładzie parowca, tego symbolu zachodniej cywilizacji, który staje się tu jednocześnie prąciem penetrującym rzekę-pochwę oraz nasieniem niosącym jałową spermę po fallicznej rzece aż do bram łona Afryki. Przygoda, której celem jest "uratowanie" Kurtza, zostaje zwieńczona seksualną eksplozją naturalnej mgły i nienaturalnego dymu, odgłosów naturalnych i stworzonych przez człowieka, eksplozją strzał i kul [Kimbroughowi chodzi o starcie z tubylcami]. Cóż stosowniejszego od natrafienia na rosyjskiego błazna w Górnej Stacji? Przecież błazen jest od dawien dawna symbolem fallicznym: błazeństwo tkwi w główce penisa, błazeństwo błazeństwa, błazeństwo wewnątrz błazeństwa. [Kimbroughowi chodzi o szalonego "asystenta" Kurtza, którego Marlow spotkał u celu swej podróży.]

Wynurzeń Kimbrougha nie da się wytłumaczyć freudowskim zeitgeistem, bo przedmowa została napisana w 1984 r. Może to dzika, pierwotna Afryka wywiera erotyczny wpływ na intepretatorów? Anyway, gdybym sam Jądra ciemności nie przeczytał, pomyślałbym, że Kimbrough ma do powiedzenia coś kontrowersyjnego, ale i wnikliwego zarazem. Ponieważ przeczytałem, to wiem, że i owszem, Conradowski bohater znalazł się w czarnej dupie, ale nic ponadto.






Komentarze

Arek (2011-01-28 18:01:13)

Dobra puenta.