Blogrys

Abecadło z pieca spadło

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Nie mogło być inaczej. Asortyment sklepów spożywczych w Szkocji różnił się od tego, co znaleźć można na półkach supermarketów w Norwegii i w Polsce. Początkowo nosiłem się z zamiarem sporządzenia całego alfabetu kulinarnego, w którym do każdej litery przypisałbym określony produkt. Po głębszym namyśle doszedłem jednak do wniosku, że żywnościowych nowinek w Glasgow nie było wystarczająco dużo i że zamiast dzielić przysłowiowy włos na czworo, należy skupić się na najważniejszych z nich. Poniższe abecadło będzie więc bardzo wybrakowane ("CDFGHS"), ale przynajmniej nieprzyjaciele samogłosek odetchną z ulgą.

Chipsy. Tak jak nigdy nie przepadałem za czekoladą i innymi słodkimi mordoklejkami, tak zawsze uważałem się za amatora, ba, konesera chipsów. Monstrualne rozmiary brytyjskich toreb z ziemniaczanymi chrupkami zaimponowały mi już podczas pierwszej wyprawy do tamtejszego Tesco. Niestety, rychło okazało się, że nie doceniłem pomysłowości producentów. Otóż większość chipsów pakowana jest... podwójnie i w jednej wielkiej torbie znajduje się dziewięć lub piętnaście małych paczek. Dzięki temu chipsy można konsumować na raty, bez obawy, że te, które zostawimy sobie na później utracą bezpowrotnie smak. Z drugiej strony, ciągłe otwieranie miniaturowych paczek jest lekko uciążliwe, a przyrost pustych opakowań do wyrzucenia wzrasta o kilkaset procent.

Na osobny komentarz zasługują smaki brytyjskich chipsów. Obok tych dobrze znanych -- paprykowych, serowo-cebulowych, kurczakowych -- przybysz z Kontynentu nie uniknie spotkania z odmianą octowo-solową. I to z naciskiem na pierwszy człon. Przyznam szczerze, że po skonsumowaniu paru porcji zacząłem octowych chipsów unikać, choć nie wykluczam, że po kilku kolejnych podejściach przyzwyczaiłbym się do ich mocnego smaku, a nawet, kto wie, rozsmakowałbym się w nim. Na sąsiedniej półce znajdowało się jednak zazwyczaj coś dużo, dużo lepszego: ostra papryka. Naprawdę ostra, a do tego pakowana normalnie, pojedynczo. Wybór był zatem oczywisty.

"Dwa za jeden". Wymieniając ciekawostki spożywcze z Glasgow nie sposób nie wspomnieć o pewnym fakcie nie nadającym się do jedzenia per se. Otóż w supermarketach (wszystkich sieci) co rusz natrafiałem na promocje typu "kup jeden, weź drugi za darmo", "kup dwa, zapłać za półtora" tudzież "trzy za dwa". Dotyczyły przeróżnych produktów: chleba, sosów "Uncle Ben's", chipsów, piwa, mrożonych pizz... Na marginesie dodajmy, że takie podejście do handlu było interdyscyplinarne i nie ograniczało się tylko do sfery spożywczosklepowej. Przykłady: Cztery bilety na pociąg w cenie dwóch; dwa bilety do kina w cenie jednego (choć tylko w środy i tylko dla abonentów Orange'a); drugi barowy posiłek za darmo (sic!)... Niewiarygodne? Podobnie jak dowcipy o szkockim skąpstwie.

Fish & chips, czyli narodowe danie angielskie powszechnie dostępne także w szkockich lokalach (a o narodowym daniu szkockim będzie za momencik). W zasadzie nie wiem do końca, czego oczekiwałem, ale gdy podano mi zupełnie zwyczajny, panierowany filet rybny z zupełnie zwyczajnymi frytkami byłem mocno zawiedziony. Żeby przynajmniej zawinęli w stary numer "Timesa", jak sugerował Misiołak... O, święta naiwności, o, poczciwy Misiołaku! Niestety, musiałem zadowolić się pojemniczkiem polistyrenowym.

Gotowe dania. Aż do końca lipca bieżącego roku byłem zagorzałym wrogiem "gotowych dań" vel żarcia mikrofalówkowego. I zdania bym nie zmienił, gdyby nie mój współlokator, Giorgos, który w domu na obiad nigdy nie jadł niczego innego. Zapachy unoszące się z czarnych plastikowych foremek były na tyle apetyczne, że w końcu się skusiłem... i przez resztę pobytu w Glasgow nie jadłem niczego innego. Okazało się, że "gotowe dania" ze szkockich sklepów są bez porównania smaczeniejsze od swych norweskich odpowiedników. No i wybór był niemały -- czy naprawdę można mnie winić za to, że zamieniłem nudne spaghetti z mielonym kurczakiem na kaczkę w słodkim sosie i inne frykasy?

Haggis. Sądziłem, że narodowa potrawa Szkotów mnie przerośnie. Wcześniej niemało przecież nasłuchałem się o tej oślizgłej kiszce załadowanej owczymi podrobami, o tym lutefisku Kaledonii, o tej kaszance na sterydach, o tym zastrzyku protein dla Highlanderów. Pewnej niedzieli uznałem, że już najwyższy czas na zmierzenie się z tradycją miejscowych stołów. Po całodniowych medytacjach powędrowałem do pobliskiej restauracji i zażyczyłem sobie spotkania z Nieznanym. Od razu zrozumiałem, że coś jest nie tak, bowiem dziewczyna przyjmująca zamówienie ani nie zrobiła wielkich oczu, ani nie kazała mi niczego podpisywać. Wkrótce porcja haggisu zawitała na mój stół. Wrażenia smakowe były... umiarkowanie pozytywne, God damn it! Sam nie wiem czy to ja, po przeszło czterech latach studenckiego żywota, stałem się bardzo mało wybredny, jeśli chodzi o jedzenie, czy może raczej zdradził mnie brak szkockiego akcentu i uraczono mnie "złagodzoną" wersją potrawy.

Sconies, czyli małe, lekko słodkawe bułeczki z nadzieniem lub bez. Przede wszystkim stanowią deserową zagryzkę do poobiedniej herbaty, ale jako że odznaczają się dużą gęstością ciasta, ich rodzynkowy wariant nadaje się również wyśmienicie do poskromienia pustego żołądka między regularnymi posiłkami.

PS. O angielskich śniadaniach pisał Misiołak.






Komentarze

Seji (2008-09-23 07:09:10)

Chipsy z octem winnym - strasznie fajne.Fishnchips - dobre, ale frytkiz octem winnym sa niesamowte, bylo sporbowacHaggis - swietny, lepszy od kaszanki, no i robiony bardziej na ostro (choc black pudding tez niezly)

Borejko (2008-09-23 07:09:50)

A ja już nie pamiętam nazwy, ale panierowane w oleju batoniki (mars, snickers lubo bounty) zażywałeś?

Misiolak (2008-09-23 11:09:44)

@Seji: nie z octem winnym, a słodowym, bo ten najczęściej towarzyszy angielskim potrawom.@Borejko: ultymatywne mordoklejki, zwłaszcza marsy ;)

Borys (2008-09-23 14:09:24)

@Seji: Tak jak napisał Misiołak, nie z winnym, tylko zwyczajnym (nawet nie wiedziałem, że ten zwyczajny nazywa się słodowy :)). Gdy odbierałem fish & chips zza "szynkwasu", facet chciał mi polać frytki taką właśnie substancją. Powstrzymałem go w ostatniej chwili i zażądałem keczupu. A haggis smakował zupełnie inaczej niż kaszanka, ale, powtarzam, niewykluczone, że dali mi jakąś specjalną, "złagodzoną" wersję. Black puddingu nie miałem okazji skosztować.@Borejko: Na szczęście nie. :)I pochlebia mi bardzo, że wchodzicie na mojego bloga jeszcze przed siódmą rano. :P

Seji (2008-09-23 17:09:20)

Misolak: nie cyztalem skladu, winegar na to mowili. Masz na mysli malt vinegar? Marynuja w tym jajka, wypas. :)Borys - tak, inaczej,a le lepiej. :)

Misiolak (2008-09-23 23:09:44)

Zwyczajny to jest spirytusowy, a tutaj króluje właśnie malt. Do jaj właśnie się przymierzam :>