Blogrys

Za wolność waszą i naszą

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.


Z niejakim wstydem przyznaję, że -- mieszkając niecałą godzinę jazdy pociągiem od Edynburga -- koniec końców nie pojechałem na The Fringe, największą imprezę kulturalną na świecie. Usprawiedliwiają mnie dwa fakty. Po pierwsze, w te weekendy, kiedy mogłem jechać, zazwyczaj padało. Posiadaczowi parasola i kurtki deszcz co prawda niestraszny, lecz w strugach wody lejącej się z nieba festiwalowa atmosfera szybko się rozmywa. Po drugie (ale to już zdecydowanie gorsza wymówka), The Fringe trwa miesiąc i jego program składa się bodajże z kilku tysięcy punktów. Jechać tylko na jeden dzień i obejrzeć na chybił-trafił kilka przedstawień, to tak jakby obejrzeć "pomarańczową" scenę zamachu na życie Dona i później twierdzić, że widziało się Ojca chrzestnego.

Ostatnią szansę na przyjrzenie się z bliska The Fringe miałem w niedzielę, 10 sierpnia. Ale tak się złożyło, że tego dnia pojechałem gdzie indziej i robiłem coś innego. Przez pół dnia biegałem schylony wśród drzew, czołgałem się w błocie, wyglądałem zza węgła, przenosiłem "flagę", osłaniałem kolegów z drużyny, atakowałem z flanki i ocierałem gogle z potu od wewnątrz i z farby od zewnątrz. Krótko mówiąc, graliśmy w paintball.

Do tej pory na żelokulki strzelałem się tylko raz, kilka lat temu pod Łodzią. Było fajnie, chociaż raczej krótko i troszkę monotonnie, bo walczyliśmy cały czas na jednej, niezbyt ciekawej "planszy". Pod Glasgow natomiast, na tamtejszym paintballowym poligonie Delta Force, nie można już było narzekać na słabo urozmaiconą scenografię. Organizatorzy dbali o klimat od samego początku -- podczas przygotowań polegających na przebraniu się i rozdzieleniu amunicji, zagrzewały nas do boju motywy muzyczne z "Mission: Impossible", "Drużyny A" i "Wielkiej ucieczki".

Zaraz potem dziarskie melodie zastąpiło charakterystyczne puk-puk karabinów (kulki wystrzeliwane są sprężonym dwutlenkiem węgla), pac-pac pocisków zatrzymujących się na drzewach i drewnianych osłonach oraz plask-plask farby rozbryzgującej się w powietrzu po trafieniu przez strzelca jakiejś krawędzi lub gałęzi. W ciągu sześciu godzin (wliczając krótkie pauzy i jedną dłuższą przerwę na lunch) stoczyliśmy sześć dwumeczy na sześciu różnych "planszach".


Najfajniejsza -- i nie tylko według mnie -- była Piramida. Należało z niej wynieść "flagę" (w tej roli wystąpił pusty baniak na wodę) i dostarczyć ją do bazy... przeciwnika. Każdy zawodnik mógł obrać taktykę zgodną ze swoim temperamentem. Niektórzy dążyli od razu do bezpośredniej potyczki pod Piramidą, inni próbowali zakraść się wąskimi, krętymi ścieżkami i zaskoczyć wroga od tyłu. Najciężej grało się z kolei w Wiosce, a to ze względu na liczne wykroty między drzewami i głębokie, błotniste kałuże. Musieliśmy tam uważać nie tylko na przeciwników, ale także na nierówne podłoże, bo o skręcenie nogi na śliskim korzeniu było bardzo łatwo. Wioska zasługiwała jednak na wyróżnienie z powodów estetycznych. Drewniane chatki oświetlone wąskimi promieniami słońca przebijającymi się przez igliwie wysokich sosen wyglądały bardzo ładnie. Oczywiście, tylko na początku każdego meczu, bo chwilę potem rozpętywała się zażarta bitwa i na podziwianie widoczków nie było czasu.

(Właśnie w Wiosce nasza drużyna, Czerwoni, zdobyła bonusowy punkt za poświęcenie. Jeden z naszych wlazł mianowicie po pas w błoto, by potem znienacka zaatakować Niebieskich. Co prawda szybko go zastrzelono, ale arbitrzy docenili ofiarność).

Pozostałe "plansze" to: speedball wśród metalowych beczek, czyli intensywna wymiana ognia bez większych możliwości taktycznych; las, czyli zwyczajny las pozbawiony dodatkowych "dekoracji"; fort, który należało na przemian szturmować bądź zajadle bronić, czyli druga najfajniejsza, po Piramidzie, lokacja; i autobusy, pomiędzy którymi należało eskortować "prezydenta".

Czy paintball jest bolesnym sportem? I tak, i nie. Nie, bo najbardziej newralgiczne części ciała -- głowa, twarz i tułów -- są doskonale chronione przez kask, gogle i kamizelkę. Paradoksalnie więc przyjęcie kulki "na klatę" to czysta przyjemność: wiesz, że dostałeś, ale o bólu nie ma w ogóle mowy, więc spokojnie schodzisz sobie z pola gry do deathzone'u odprowadzany przez okrzyk sędziego "dead man walking!". Niestety, trafienie w co bardziej czułe miejsce którejś kończyny, np. w wewnętrzną część uda albo w palce u dłoni, piecze jak diabli przez kilkanaście sekund, a na pamiątkę zostaje siniak*. Jakichś trwałych urazów nie należy się jednak obawiać, tym bardziej, że zasady zabraniają strzelania do siebie z odległości mniejszej niż trzy metry**.

Paintballowa zabawa, zgodnie zresztą z naszymi oczekiwaniami, była przednia, choć męcząca fizycznie. Mięśnie ud, te odpowiedzialne za siadanie, wstawanie i schodzenie po schodach***, bolały mnie później przez kilka dni. Kontuzja nie rzuciła się jednak cieniem na moc pozytywnych wrażeń wyniesionych z poligonu Delta Force. Paintball to coś, czego każdy (każdy facet, chociaż oczywiście kobiety też grają) powinien spróbować, ale zarazem nie coś, co chciałoby się szybko powtórzyć -- bo to rozrywka i czaso-, i kasochłonna. Warto jednak na własnej skórze przekonać się, jak wygląda realowa alternatywa dla quake'owego deathmatchu. A także, jak toczyłyby się podwórkowe zabawy w wojnę, gdyby wiadomo było dokładnie, kto kogo pierwszy trafił z plastikowego winchestera.

* Albo nawet mały krwiak -- gdy przeciwnik wykaże się celnością i oberwiesz w szyję.

** Przy prędkości wylotowej pocisku wynoszącej sto kilometrów na godzinę z hakiem ta zasada jest niewątpliwie potrzebna, chociaż komplikuje trochę sprawę, gdy dwaj zawodnicy z przeciwnych drużyn znajdą się po obu stronach tej samej barykady.

*** Wiedzieliście, że inne mięśnie pracują, gdy wchodzimy po schodach, a inne, gdy po schodach schodzimy? Ja nie, ale przekonywałem się o tym osobiście przez trzy dni po paintballu, kiedy to duży problem miałem z tą drugą czynnością (sic!), ale nie z tą pierwszą.






Komentarze

mwisniewski (2008-09-02 00:09:59)

A ja ostatnio przez całą noc biegałem Locustem i strzelałem do ludzi. Ja rozumiem - farba, błoto, te sprawy, ale pad z dualshockiem też jest niczego sobie.

Arek (2008-09-11 22:09:53)

Fajny wpis. Powiedz mi jeszcze, ile osób liczyły drużyny i kto ostatecznie wygrał. No i pochwal się ilością fragów :P

Borys (2008-09-13 13:09:15)

W każdej drużynie było ok. 20 osób. Na niektórych planszach, w szczególności tej speedballowej (metalowe beczki na niewielkim, ogrodzonym, błotnistym terenie) było więc początkowo dość tłoczno... ale już po kilkudziesięciu sekundach szeregi obu teamów się przerzedzały. :) Ilością fragów się nie pochwalę, bo w zasadzie nie wiem, ile ich mam. W paintballa gra się mimo wszystko trochę inaczej niż w "Quakea", nie ma tutaj żadnego licznika. :) A nierzadko trzeba walić do przeciwników przez zarośla i przeszkody, na ślepo... a obok Ciebie strzelają inni z Twojego zespołu. Ergo: Sytuacja jest raczej chaotyczna, nie wiadomo, kto i od kogo dostał. :)A wygraliśmy... my, Czerwoni. :) Rozstrzygająca okazała się ostatnia runda. Cel drużyny atakującej: Przeprowadzić "prezydenta" z jednego autokaru do drugiego. Najpierw byliśmy w defensywie i przycisnęli nas ostro, ale gdy spróbowali doprowadzić "prezydenta" do celu jednemu z naszych udało się go ustrzelić. Znaleźliśmy się w punktowo korzystnej sytuacji. Wystarczyłoby, żebyśmy w drugim meczu (gdzie role obu drużyn się zamieniały) trzymali "prezydenta" do końca na zapleczu naszej bazy. Niestety, jakieś głupki z naszego teamu postanowiły go mimo wszystko w brawurowy i zupełnie nieroztropny sposób przeprowadzić. "Prezydent" oczywiście dostał... ale ponieważ tamci w zapamiętaniu strzelali do niego, gdy chłopak już leżał na ziemi i wił się z bólu, dostali karne punkty.I Czerwoni summa summarum zwyciężyli. :)