Blogrys

Powrót z Kaczej Wyspy

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Małą przerwę w blogowaniu spowodował wyjazd naukowo-towarzysko-turystyczny. Najwyższy czas rzucić trochę światła na miniony weekend. Gdzie przebywał i co porabiał Borys J. od czwartku do niedzieli?

W bieżącym semestrze jednym z moich czterech kursów jest fizyka kosmiczna. Pod tym jakże ogólnikowym określeniem kryje się "po prostu" wprowadzenie do procesów plazmowych zachodzących w przestrzeni kosmicznej. Brzmi dumnie, ale ograniczamy się do górnych części atmosfery ziemskiej i najbliższego sąsiedztwa naszej planety -- słowa-klucze przewijające się przez wykłady to magnetosfera, wiatr słoneczny i zorza polarna. W ramach zajęć z tejże fizyki kosmicznej nasza dziesięcioosobowa grupa (w towarzystwie dwóch opiekunów) poleciała tranzytem przez Tromso na Andoya (Kaczą Wyspę). Cel wycieczki stanowiło położone tam ARR, w skali światowej najbardziej wysunięta na północ baza, z której wystrzeliwuje się rakiety sondujące atmosferę.

Nie o rakiety nam wbrew pozorom chodziło, ale o obserwację zorzy polarnej. Andoya znajduje się bowiem w przedziale szerokości geograficznej, gdzie bardzo często powstają nocne zorze. Oczywiście, takie położenie ARR nie jest przypadkowe i umożliwiać ma wystrzeliwanym stąd rakietom stosowne pomiary.

Zakwaterowano nas w dwuosobowych pokojach w hotelu przylegającym bezpośrednio do ARR, a karmiono cztery razy dziennie w stołówce. Warunki mieszkaniowe i żywieniowe były odpowiednio: wygodne oraz smaczne. Cały ośrodek sprawiał eleganckie i nowoczesne wrażenie. Poza biurami pracowników znajdowały się tam sale komputerowe, pokoje konferencyjne, pomieszczenia rekreacyjne (m.in. ping-pong i bilard). ARR powstało w 1962 r. i od tamtego czasu było kilkakrotnie rozbudowywane, co ilustrowały zdjęcia zdobiące jeden z korytarzy. Stan obecny nie pozostawia wiele do życzenia, a przecież placówka nadal będzie się rozwijać.

W czwartek wieczorem niebo było całkowicie bezchmurne. Bardzo dawno nie widziałem nieboskłonu tak roziskrzonego gwiazdami. Niestety, zorzy nie zaobserwowaliśmy -- magnetometry jak na złość całkowicie się wypłaszczyły. Następnego dnia, w piątek, nie przeżyliśmy na szczęście kolejnego zawodu. Zorza polarna się pojawiła. Nie była spektakularna, ale na kilkanaście minut przybrała na sile oraz dynamice i było na co popatrzeć. Jak wygląda zjawisko, które Wikingowie brali za przejaw wielkich ogni otaczających Ocean? Zdjęcia nie oddadzą jednej rzeczy -- ruchu. Zorza polarna bardzo rzadko wygląda jak zielonkawe, zawieszone nieruchomo smugi. Zazwyczaj porusza się dość szybko po niebie, niczym kłęby świecącego dymu, które raz to rozwijają się w nieregularne pasma, raz to łączą znowu w jedną całość.

W sobotę pogoda zawiodła na całej linii. Niebo zakryły chmury i rozpadał się śnieg, pierwszy zresztą w tym roku. Wieczorem gdzieniegdzie na niebie pojawiły się gwiazdy, lecz warunki były zbyt kiepskie, by zaobserwować cokolwiek konkretnego. Wielka szkoda, bo na tę noc zapowiadano bardzo intensywną zorzę, spowodowaną wyrzuceniem dwa dni wcześniej w kosmos przez Słońce dużej ilości naładowanych cząsteczek.

Odwiedziliśmy też muzeum zorzy polarnej. Gruby przewodnik, istne wcielenie jowialności, wpuścił nas do pobliskiej latarni morskiej. Wspinaczka po stromych jak drabina schodach została nagrodzona czarującym widokiem na rozciągające się wokół miasteczko Andenes. Dodatkową atrakcją był snop światła powoli obracający się nad naszymi głowami i doskonale widoczny w lekko zamglonym powietrzu. Tuż obok muzeum znajdowała się inna atrakcja o charakterze akustycznym: dwa talerze paraboliczne oddalone od siebie o około pięćdziesiąt metrów. Na każdym z nich zamontowano metalowy pręt wygięty w pałąk. Gdy ktoś mówił do jednego z nich szeptem, ktoś inny mógł wyraźnie go słyszeć, przytknąwszy ucho do prętu na drugim talerzu. Studiuję fizykę, ale to była po prostu czysta magia. :)

Oprowadzono nas także po Alomarze, położonym w górach ośrodku pomiarowym. Główne narzędzie badawcze "Alomarczyków" stanowi laserowy odpowiednik radaru, a więc wysokoenergetyczne, koherentne impulsy światła wysyłane ku niebu. Sposób ich rozpraszania pozwala uzyskać cenne informacje na temat środkowych warstw atmosfery. Wbrew pozorom, oglądanie całej tej aparatury było nudne. Wyróżniał się natomiast personel w składzie: barczysta, krótko ostrzyżona Niemka (kierownik techniczny) oraz niestary, ale zgarbiony, skurczony i wyłysiały milczek płci męskiej (inżynier). Po opuszczeniu placówki odbyliśmy krótki spacer po okolicznych skałach. Widok z góry na wyspę zapierał dech w piersiach. Postałem nad paroma przepaściami, popstrykałem fotki i przekonałem się po raz kolejny, że na co jak na co, ale na akrofobię nie cierpię na pewno.

Podsumowując, wycieczka się udała. Nie nauczyłem się za wiele (organizatorów rozczarowałbym zapewne tym stwierdzeniem; rozczarowałbym), lecz pobyt na Kaczej Wyspie był pozytywnym doświadczeniem. Zawiodła tylko telekomunikacja. W piątek wieczorem ARR stracił połączenie z Internetem i usterki nie naprawiono już do naszego wyjazdu. Nie móc sprawdzić poczty elektronicznej przez dwie doby, co za tortura!

Zdjęć na razie nie wrzucam. W tej chwili mam tylko swoje, a nie prezentują się zachwycająco. Aparat posiadam nieszczególnie dobry, a i fotograf ze mnie nietęgi. Na szczęście w naszej grupie znalazło się sporo osób uzbrojonych w budzące szacunek Nikony i Minolty. Gdy tylko udostępnią swoje fotografie (powinno to nastąpić na dniach), wybiorę najciekawsze i umieszczę w blogowym albumie.

Jednak to jeszcze nie koniec wpisu. Gdy wróciłem do Oslo, przyśnił mi się sen. A w śnie tym Fandom Centrum wspólnymi siłami wypędził jajogłowych z ARR i stworzył tam Ośrodek Erpegologii i Fantastyki. Następnie zorganizował sympozjum naukowe. Wśród zaproszonych gości znaleźli się prof. J. Covenant, twórca nurtu jeremistycznego w WOD-zie; Law D. Og, nadinżynier komiksu; dr M. Alkav, autor szeregu prac o nurglologii; dr. doc. M.I. Siołak, wybitny znawca teorii planszy; mgr K. Irtan, ekspert od zagadnień z dziedziny S-W; oraz dr Lord Thomas, odkrywca bólu w RPG.

Naiwne? Być może. Ale o każde marzenie trzeba walczyć. :)






Komentarze

LordThomas (2006-10-26 19:10:34)

Ale sie rozpisales! Widze, ze ta barczysta niemka zapadla ci w pamiec jak masz takie sny pozniej :P A w ogole co to ma znaczyc!? Ze niby ja tylko doktora mam? Jak juz masz takie chore sny to dla mnie to nowy stopien naukowy powinienes wymyslic. Przynajmniej mi po xywce nie pojechales :)

Borys (2006-10-26 22:10:49)

W pewnym sensie pojechałem. O Lordzie Kelvinie zapewne słyszałeś. :) A co do doktora -- cóż, chyba nie spodziewałeś się, że jesteś w stanie przewyższyć intelektualnie Jeremiaha. :)

LordThomas (2006-10-27 17:10:17)

To chyba jakas prowokacja sluzb specjalnych. Jeremiasz to moze byc woznym w naszym osrodku, a ja to co najmniej nadrektorem :)I o co chodzi z "odkrywca bolu"?

Borys (2006-10-27 20:10:20)

Sam mi powiedz. :P

Anonymous (2006-12-12 16:12:29)

sie rozpisałeśpodobamai sie

MACRON (2007-08-05 16:08:06)



A teraz w pobliżu ARR i ALOMAR stacjonujemy my. Nasz blog: http://www.igf.fuw.edu.pl/zfa/index.php?option=com_content&task=blogcategory&id=71&Itemid=213&lang=pl