Blogrys

Ostatnie słowa Einsteina

Czytasz starą notkę zaimportowaną z WordPressa. Niektóre elementy układu stron – w szczególności rozmiary i zakotwiczanie ilustracji oraz światło – mogą pozostawiać sporo do życzenia. Gdzieniegdzie wyparowały też multimedia, w szczególności zagnieżdżone wideo z YT.

Biografie czytuję rzadko. Nie przeczę, że potrafią być zajmujące, ale jako gatunkowi literackiemu przydzielam im dość niski priorytet na swojej liście książek do przeczytania. Dzieło Jürgena Neffe dostałem w prezencie urodzinowym (w tym momencie pozdrowienia należą się cioci Ewie), więc postanowiłem zrobić wyjątek i nie odkładać lektury w nieskończoność. W podjęciu mężnej decyzji pomogła mi ranga bohatera: Albert Einstein, najwybitniejszy naukowiec XX wieku, jeden z trzech największych fizyków wszech czasów i człowiek stulecia według Time'a.

Polskiego przekładu wydanej dwa lata temu, w Światowym Roku Fizyki, Einstein. Eine biographie na razie w księgarniach nie znajdziecie, choć prędzej czy później powinien się pojawić, jako że książka w odbiorze jest bardzo przyjemna i sprawia wrażenie rzetelnie napisanej (spieszę jednocześnie z wyjaśnieniem, że dostałem norweskie tłumaczenie; książki po niemiecku na szczęście nikt mi jeszcze nigdy nie wręczył i niech tak pozostanie). Przez kilkadziesiąt pierwszych stron wydawało mi się co prawda, że Neffe opowiada o życiu Einsteina nieco chaotycznie, lecz po przeczytaniu paru rozdziałów zrozumiałem kompozycyjną zasadę kierującą narrację. Otóż autor zrezygnował ze ścisłego trzymania się kolejności wydarzeń i wędrowaniu śladami wielkiego uczonego krok po kroku od kołyski aż po grób. Zamiast tego każdy z rozdziałów poświęcono innemu aspektowi życia Einsteina -- chronologia ustąpiła miejsca tematyce, choć zupełnie zignorowana bynajmniej nie została.

Tym sposobem na kartach biografii poznajemy poszczególne oblicza słynnego fizyka. Einstein-syn fabrykanta, Einstein-student, Einstein-mąż i kochanek, Einstein-ojciec, Einstein-twórca teorii względności i podwalin kosmologii, Einstein-profesor, Einstein-aktywista polityczny, Einstein-Żyd, Einstein-zaciekły krytyk mechaniki kwantowej, Einstein-emigrant... Portret wyłaniający się z książki nie różni się może bardzo od wizerunku Alberta, jaki zakodował się w kolektywnej świadomości, ale jest za to o kilka rzędów wielkości bardziej szczegółowy i złożony. Nie wszyscy wiedzą na przykład, że Einstein był bardzo nieporadnym ojcem; że gdyby tylko zechciał, mógłby zostać drugim, po Haimie Weizmannie, prezydentem Izraela; że miał pokaźną teczkę w FBI, a Dżej Edgar (nie mylić z Edgarem Gosiem) marzył wręcz o oskarżeniu go o szpiegostwo i wydaleniu ze Stanów. Jeszcze mniej osób zdaje sobie sprawę z pewnej dozy tragizmu, która w dziwny sposób przeplatała się z wielką sławą zdobytą przez fizyka na długo przed śmiercią. Nie dość, że Einstein ostatnie dwadzieścia lat swojego życia poświęcił na bezowocne poszukiwania Świętego Graala fizyki -- Teorii Wszystkiego -- to na dodatek spędził te dwie dekady na uchodźstwie, na duchowym i kulturowym wygnaniu.

Biografia pęcznieje od fragmentów korespondencji, z których wyłowić da się mnóstwo apetycznych cytatów. O wyrafinowanym Bogu nie grającym w kości nie ma co powtarzać, ale bardzo spodobał mi się na przykład poniższy, piekielnie dwuznaczny aforyzm (chociaż nie jestem wcale przekonany, że dwuznaczność była tutaj zamiarem autora) pochodzące z listu do syna Eduarda datowanego na 1933 r.:

Ludzie są jak morze, czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda.

A ostatnie słowa Einsteina? Niestety, nigdy ich nie poznamy. Gdy w nocy z 17 na 18 kwietnia 1955 r., w wieku 76 lat umierał w szpitalu w Princeton, powiedział coś w ojczystym języku. Jedyna będąca wtedy przy nim osoba -- pracownik szpitala -- nie znała niestety niemieckiego i nie zrozumiała ani nie zapamiętała wypowiedzianych słów. Szkoda, szkoda. Tylko Goethe się cieszy. Na razie będzie nam musiało wystarczać Mehr Licht!

Znamy natomiast treść krótkiego listu napisanego w połowie lat trzydziestych przez Einsteina i skierowanego do nas samych. Jeśli wyda się komuś banalna, może warto przeczytać tych parę linijek raz jeszcze?

Droga potomności!

Niech Was diabli wezmą, jeśli nie będziecie sprawiedliwsi, bardziej pokojowi i w ogóle rozsądniejsi niż my jesteśmy, czy raczej byliśmy.

Wyrażając to skromne życzenie, z całym możliwym szacunkiem pozostaję Wasz






Komentarze

LawDog (2007-04-11 01:04:34)

Czyli co? Einsteina porwał diabeł?

Borys (2007-04-11 01:04:59)

Dzięki za czujne spostrzeżenie. Źle spojrzałem. Powinno być "Niech was diabli wezmą". Już poprawione.

JCF (2007-04-12 00:04:59)

Mateuszek zawsze czujny ;)